wtorek, 27 stycznia 2026

Raz, raz życie

 

raz słońce się skryło
gdzieś tam ponad nami
raz światło tańczyło
na niebie, nad dachami

przed i raz po świecie
obudził się człowiek
było sobie raz życie
spod przymkniętych powiek

raz w ciszy, raz w zgiełku
płacz podzielił nas równo
raz przyszło przebaczenie
raz mu było zbyt trudno

z głębin myśli westchnienie
ponad wszystko, co było
raz zaczęło się życie
raz się życie skończyło

Silentia


fot. Sil


piątek, 23 stycznia 2026

Takie małe AB BA, czyli wiersz "Co jest najważniejsze?"

 

Zapomniałam, co w życiu jest najważniejsze
spoglądając w gwiazdy, myślałam, że one,
wiele rzeczy nigdy nie zostanie stworzone
zastąpione tym, co brzydkie lub tym, co piękniejsze

Zrozumienie, że nie wiemy nic na zawsze
że nie wiemy na pewno, czego sami chcemy
zbyt trudne do pojęcia, więc nadal biegniemy
z papieru budując zbroje złudnie coraz twardsze

Znalazłam spokój i znów go zagubiłam
nie pilnując tego, co jest ponad wszystko
do zagrożeń często podchodząc za blisko
Spojrzałam za siebie i znowu zwątpiłam

Sil


wtorek, 20 stycznia 2026

Możliwe, że to pierwszy i ostatni raz, czyli chciałam dziś opowiedzieć o pewnej grze

 

    Czasem lubię zaskakiwać i dlatego dziś opowiem o czymś, czego na pewno nie spodziewaliście się na blogu read2sleep.pl. Dziś opowiem o grze Disney Frozen Free Fall od Jam City, Inc.

    Kto pamięta film animowany Frozen (w Polsce znany jako "Kraina Lodu")? Ja pamiętam doskonale, gdyż była to ulubiona bajka mojej siostrzenicy i oglądałam Frozen dziesiątki razy, w tym jednego dnia trzy razy pod rząd.... Tak, da się ;). Frozen, luźno inspirowane baśnią Andersena - "Królowa Śniegu" oraz nieco za bardzo, jak na mój gust, zbliżone do rosyjskiej produkcji z 2012 roku - również pod tytułem "Królowa Śniegu", opowiada o przygodach dwóch sióstr - księżniczek. Obdarzona niezwykłą mocą Elza, za namową trolli, do których jej rodzice zwracają się po pomoc, po wypadku z udziałem jej młodszej siostry - Anny, jest odizolowana od świata. Rodzice ukrywają następczynię tronu, aby nauczyła się panować nad swoją zdolnością tworzenia lodu. Niestety, wychodzi to średnio i Elza nie robi postępów. Wkrótce też, z przyczyn losowych, traci wsparcie matki i ojca. Gdy Elza i Anna są nastolatkami, ich rodzice giną w wypadku na morzu. Przez kilka lat państwo pogrążone jest w żałobie, aż do momentu, gdy Elza jest już gotowa, aby objąć rządy. Podczas balu po koronacji Elzy na królową, młodej władczyni puszczają jednak nerwy a jej gniew i strach zamienia całą okolicę w krainę lodu. Elza ucieka, zaś jej młodsza siostra, która czuje się winna sytuacji, wyrusza, aby odszukać królową i sprowadzić ją do domu. 

    Tak w dużym uproszczeniu zaczyna się fabuła Frozen/Krainy Lodu i tego właśnie się spodziewałam, gdy któregoś razu mąż zainstalował dla mnie grę na swojej konsoli. Nie jestem fanką gier ani konsol, ale mój mąż próbował mnie przekonać, że jestem, tylko jeszcze nie znalazłam odpowiedniej dla siebie gry. Spróbowałam więc Frozen Free Fall i... muszę przyznać, że całkiem mi się spodobała. Nie była to gra fabularna/strategiczna, a polegała jedynie na czymś w rodzaju układania klocków z utrudnieniami. Przez jakiś czas zdarzało mi się zagrać, a później przestałam, bo jednak nie miałam na to czasu. Nie sądziłam też, że gra jest mi do czegokolwiek potrzebna. Na pewno nie do szczęścia. ;) Przez lata nie tęskniłam i nawet zapomniałam, że coś takiego istniało.

    Ale... parę tygodni temu pomyślałam, że potrzebuję czegoś do zajęcia kilku minut, gdy czekam np. na autobus czy na dziecko, gdy kończy "swoje dziecięce sprawy". Miałam wówczas dość przeglądania "prasy", bo ciągle trafiałam na wszechobecne cierpienie - dzieci, zwierząt, świata. Zaczynanie powieści, gdy ma się 5-10 minut mijało się z celem, podobnie jak czytanie materiałów związanych ze studiami. I wtedy przypomniałam sobie o istnieniu gry Frozen Free Fall. Postanowiłam sprawdzić, czy jest wersja na telefon i faktycznie, była. Ściągnęłam, zainstalowałam i zagrałam po raz pierwszy, a później drugi i kolejny. I to jeden z trzech powodów, dla których ostatecznie gry nie polecę ;). Jest zbyt wciągająca, pomimo swojej prostoty :D.

    Choć Frozen Free Fall posiada sklep z "życiami"/gadżetami do gry - dla mnie jest on zbędny. W akurat tę grę można spokojnie grać nie wydając na nią wprost ani złotówki. Oczywiście, można sobie "dokupić" życie oglądając reklamę, ale nawet to na upartego jest zbędne, bo życia odnawiają się i po 30 minutach mamy kolejne życie do wykorzystania. Naprawdę można się obyć tak bez wydawania pieniędzy, jak i bez oglądania reklam, a gra nadal będzie dobrze grywalna.

    Disney Frozen Free Fall jest do pewnego momentu relaksująca, choć wcale nie taka łatwa, więc czasem mogą puścić nerwy. Jednak jeśli nie jest się zapalonym graczem, a grę tę potraktuje się po prostu jako "czekadełko", nie spędza ona snu z powiek. Oczywiście każdy kolejny poziom trudniejszy jest od poprzedniego, ale zdarzają się też "przerywniki" w postaci łatwiejszych leweli (wybaczcie spolszczenie). Może się więc zdarzyć, że po serii irytująco trudnych poziomów, traficie na taki, który praktycznie zagra się sam.

    We Frozen Free Fall istnieją również dodatkowe atrakcje, jak choćby dodatkowe zadania z mini grami, które można traktować jako odpoczynek od planszy głównej. Również same plansze można wybierać zmieniając sobie "mapy". Można brać udział w wyzwaniach, które nagradzane są zwykle całkiem sowicie. Można też budować miasteczko nawiązujące do kraju Elzy i Anny z filmu animowanego, o którym wspomniałam wcześniej. Grając, bez żadnego wysiłku zdobywa się walutę, którą można wydawać na elementy architektury miasteczka. Jest to całkiem miły przerywnik.

    A jednak napisałam, że są trzy powody, dla których gry nie polecę. Pierwszy już znacie, jest to gra zbyt wciągająca ;) i może skraść nam więcej czasu, niż chcemy poświęcić. Drugim powodem jest fakt, że mam wrażenie, iż nieustanne rozbłyski w grze nie są zbyt zdrowe dla oczu. Ja akurat mam wrodzoną wadę wzroku, jednak zauważyłam, że jeśli włączę Frozen Free Fall, moje oczy bolą znacznie szybciej niż przy normalnym korzystaniu ze smartfonu - czytaniu maili, książek czy wiadomości. A jaki jest trzeci powód tego, iż gry Frozen nie będę polecać dalej? Cóż, bardzo szybko zużywa baterię. 

    Dla porządku napiszę jeszcze kilka ogromnych plusów Disnej Frozen Free Fall. Przede wszystkim - nie ma reklam, które przerywają grę! Nie jest też to gra, która nieustannie wyciąga pieniądze od użytkownika. Frozen Free Fall jest ponadto bardzo różnorodne i na pewno nie jest nudne. Postaci z gry mają swoje osobowości, każda ma również swoje własne "pomagacze" dla gracza. I jeszcze miły bonusik - codziennie przy pierwszym logowaniu danego dnia otrzymuje się jakiś prezent przydatny w grze. 

    Poniżej przedstawiam kilka zrzutów z gry, jakbyście byli ciekawi, jak to mniej więcej wygląda. Disney Frozen Free Fall można bezpłatnie pobrać ze sklepu Google.


Ściskam i pozdrawiam

Sil





Zrzuty z Dsisney Frozen Free Fall



poniedziałek, 19 stycznia 2026

Cześć, jestem Silentia

 

    Cześć, jestem Silentia. Często podpisuję się jako Sil, bo tak jest krócej, ale i jakoś tak prościej. Jestem poetką i pierwszą książką, którą wydałam w życiu był właśnie tomik poezji. To było w 2018 roku i jeszcze wówczas nie używałam w "prawdziwym świecie" pseudonimu "Silentia".   
    Swoją przygodę z twórczością w Internecie również zaczęłam od stronki z moimi wierszami. Było to dawno, dawno temu w odległej galaktyce ;). To jednak nie wiersze przyniosły mi popularność w sieci, lecz opowiadania typu fan fiction, które oficjalnie zaczęłam pisać około 2009 roku. Sława moich fanowskich opowiadań zaczęła się równie gwałtownie jak się skończyła, po czym na całe lata zapomniałam o blogowaniu. Wróciłam około 2021 roku z blogiem RiF (romans i fantastyka), gdzie również zaczęłam publikować fan fiction. Miałam nawet pierwszych czytelników, ale... nie miałam czasu ;). A później powstał oczywiście read2sleep.pl, czyli blog, na którym obecnie najłatwiej mnie spotkać. Ale tu fan fiction nie ma już zbyt wiele, za to znajdziecie różne opinie o książkach, artykułach, sporo wierszy, troszkę moich mikro opowiadań, jak również refleksje i, moje ulubione - fotorelacje z krótkich podróży. 

    Moje kolejne dwie książki, wydane również pod prawdziwym nazwiskiem, były książkami dla dzieci. Pierwsza  z nich (2022) miała postać wierszyków i ilustrowana była prostymi rysunkami mojego pięcioletniego wówczas synka. Druga (2023), zawierała krótkie opowiadanka dla dzieci. Nie byłam zadowolona z żadnego z tych wydań i dlatego niewiele osób dowiedziało się o ich istnieniu. Z perspektywy czasu zastanawiam się, czy dobrze się stało, iż dowiedział się ktokolwiek. Chociaż - tu mała niespodzianka, dzieci, które otrzymały książeczkę z opowiadaniami, przyjęły ją bardzo ciepło. Entuzjastycznie wręcz. To sprawia, że czasem zastanawiam się, czy nie wrócić do pisania prostych historii dla najmłodszych. Mam to na liście "TO DO" (z ang. "do zrobienia").

    W roku 2025, po wielu latach zmagań, przemyśleń i wątpliwości, wydałam wreszcie powieść obyczajową.  "Tylko jeden dzień" został przyjęty dobrze przez tych kilku szczęśliwców, którym udało się go zdobyć, bo książce od samego początku towarzyszył straszny pech. To była pierwsza książka, o której pomyślałam, że chciałabym ją wydać dla szerszego grona i niestety - los mi nie sprzyjał. Cały 2025 rok, czyli rok premiery, książka chowała się przed potencjalnymi czytelnikami.

    Pisałam, że jestem poetką. Dlaczego nie pisarką? Proste, bo poezję "piszę"  od urodzenia. Od kiedy tylko pamiętam, układałam wierszyki, rymowanki itp. Dopiero później zaczęłam układać dłuższe historie, jakby... "bajki" a pierwszy twór odrobinę przypominający powieść napisałam odręcznie mając mniej więcej lat trzynaście. Pamiętam to nieszczęsne coś, co w dziewięćdziesięciu procentach składało się z dialogów. Absolutnie nie mogłam wówczas zrozumieć, po co komu opisy? Ale! Przyznam szczerze, gdy czytywałam w tamtym czasie książki, również uważałam, że najfajniejszą ich częścią są po prostu rozmowy bohaterów. 

    Pewnie zastanawiacie się czasem, ile Sil ma lat. Hmm... w zasadzie to zależy. Metryka jest bezlitosna, ale duchem czuję się nieraz wciąż małą dziewczynką - niczym Alicja w Krainie Czarów. Zagubiona w świecie, którego nie mogę do końca rozgryźć, staram się być dojrzałą mamą, kiedy trzeba i niesforną marzycielką, gdy nikt nie widzi.

    Pewnie nie muszę wyjaśniać, jakie mam hobby. Pisanie! Ale to nie wszystko, bo jeszcze czytanie, śpiewanie (obecnie tylko karaoke na telewizorze, gdy pozostali domownicy znajdą się poza zasięgiem wzroku... i słuchu), odkrywanie zamkowych ruin i przyrody, uwiecznianie tego wszystkiego na fotografiach i, rzadziej, malowanie farbami akrylowymi. Uwielbiam malować obrazy, chociaż nie posiadam ani odrobiny talentu w tym względzie. Lubię być również gospodynią domową, choć przyznam, że z wiekiem akurat ta rola nieco mnie przytłacza... Lubię gotować i piec ciasta. I jeszcze jedno! Lubię spacery od progu mojego domu aż do nieskończoności.

   Lubię też być mamą, ale to nie jest temat a la hobby. Moje dzieci to moje największe wyzwanie i największa duma.

    Kocham zwierzęta, wszystkie, choć mam tylko kota. Zawsze miałam kota.

    Jestem wegetarianką. Nie fanatyczną i nie próbuję nikogo nawracać, pouczać ani przekonywać do swoich racji. Mogę zjeść przy jednym stole z osobami, które wybiorą mięso. Wegetarianizm to mój wybór i nie zamierzam dokonywać wyborów za innych.

    Jestem samotniczką. Lubię spędzać czas sama ze sobą. To wówczas tworzę moje historie, jednak przyznam szczerze, że inspirują mnie głównie sytuacje z życia wzięte. Czasem zasłyszane słowo, czasem urwana scenka, którą dojrzę gdzieś w biegu np. w autobusie. Wystarczy impuls i w mojej głowie rodzi się pomysł na powieść. Pomysły skrzętnie zapisuję, ale niekoniecznie realizuję, bo - nie wiem, czy zauważyliście - doba nie jest z gumy.

    Najpiękniejsze wiersze układam w nocnej ciszy lub w otoczeniu przyrody, podczas samotnych spacerów. 

    Jestem pełna sprzeczności i nie zawsze jestem w stanie zająć stanowisko w jakiejś sprawie. Czasem mój pogląd na dany temat w pierwszym odruchu wydaje się oczywisty, ale zaraz pojawia się tysiąc pytań i mętlik, który sprawia, że mogę powiedzieć wyłącznie NIE WIEM.

    Oto ja :)

Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil/przeróbka aplikacja Voila


    

    

piątek, 16 stycznia 2026

Wiersz na spokój

 

no i czemu krzyczysz, że zupa nie taka?
że pada ciągle i szaro lub, że słońce razi
czemu znów ze złości - raz krasny, raz blady
przeszukujesz w pamięci, kto i kiedy zdradzi?

nie ma nic ponad spokój, ponad myśl leniwą
zamarznięte kałuże też szukają wytchnienia
niezależnie od tego, co dziś jest najważniejsze
kilka sekund, zostaną złe i dobre wspomnienia


Silentia


czwartek, 15 stycznia 2026

Eviva l'arte! - wiersz, który uwielbiałam w późnym dzieciństwie, a o którym przypomnieli mi Zalewski z Sanah


    Kazimierz Przerwa-Tetmajer (1865-1940) był tak barwną postacią, iż krzywdzącym byłoby dla niego nazwanie go jedynie polskim poetą. Choć był jednym z najznakomitszych i najbardziej rozpoznawalnych postaci wśród twórców poezji Młodej Polski, był również znanym wówczas dziennikarzem oraz czynnym działaczem, zaangażowanym w sprawy kraju podczas I Wojny Światowej i w odradzającym się państwie po niej. Ale o tym raczej nie dowiecie się w szkole, pomimo faktu, że utwory Tetmajera są częścią obowiązkowej edukacji polonistycznej szkół średnich w Polsce. Czy nasi rodacy wiedzą więc, kim jest Tetmajer? Myślę, że tak i, że wielu z nich powiedziałoby "jakimś poetą". Ale! Po pierwsze nie "jakimś" a "wyjątkowo utalentowanym", a po drugie - nie tylko poetą. Z przyczyn technicznych, ja skupię się dziś na poezji Kazimierza Przerwy-Tetmajera, która od lat jest niezwykle bliska mojemu sercu. 

    W tym momencie chciałabym jednak przypomnieć, że krótka analiza wiersza "Eviva l'arte" nie jest oficjalną interpretacją utworu. Podobnie jak we wszystkich moich psotach, na read2sleep.pl przedstawiam jedynie swoją, subiektywną opinię na dany temat.

    Wiersz "Eviva l'arte!" Kazimierza Przerwy-Tetmajera zachwycił mnie na języku polskim w szkole średniej i zachwycał niezmiennie przez wiele, wiele lat. Gdy ktoś zapytał mnie o ulubionego, polskiego poetę odpowiadałam "Oczywiście Tetmajer!" Ale później życie zawróciło mnie z drogi czytania poezji (nie pisania!) i na wiele lat zapomniałam o istnieniu moich ulubionych twórców, również tych z epoki Młodej Polski. Aż do zeszłego roku, gdy przypadkiem usłyszałam w radiu duet polskich piosenkarzy -  Krzysztofa Zalewskiego i Sanah. Śpiewali oni właśnie utwór "Eviva l'arte!". 

    Wiedziałam, że Sanah wzięła się za śpiewanie polskiej poezji, ale po jej wykonaniu "Nic dwa razy" Szymborskiej, nie byłam ciekawa innych interpretacji. Zaskoczyła mnie więc, zaskoczyli mnie obydwoje z Zalewskim, bo piosenka z tekstem Tetmajera przypadła mi do gustu. Jest w interpretacji piosenkarzy dużo tego, co sama wyczuwam - pewna podniosłość, bunt oraz prostota przekazu. Z ciekawości spojrzałam również na teledysk i, moim zdaniem, także dobrze oddaje nastrój wiersza. Jestem naprawdę mile zaskoczona. 

    Ale wróćmy do źródła, czyli do samego utworu Tetmajera. Do analizy wiersza wykorzystałam publikację wolnelektury.pl. "Eviva l'arte!" można przeczytać -> TUTAJ.

       "Eviva l'arte!" to utwór o niezwykle podniosłym nastroju. Kazimierz Przerwa-Tetmajer pisze w nim o szerokorozumianych artystach, również o sobie. Pisze o tym, że bycie artystą nie zawsze oznacza dobrobyt, popularność czy łatwe życie. Często poetom oraz innym twórcom, towarzyszy bieda("My, którym często na chleb braknie suchy"), przeciwności losu, niezrozumienie ze strony ludzi. Poeta wspomina jednak, że duma artysty pozwala im przetrwać a talenty zesłał im sam Bóg. Dlatego też krzyczy "Niech żyje sztuka!" (wolne tłumaczenie słów "Eviva l'arte!"). 

    Tetmajer w "Eviva l'arte!" dotyka ważnego tematu, jakim jest chęć sławy za wszelką cenę("Sława nam słońcem, nam, królom bez ziemi!"). Można jednocześnie czytać między wierszami odrobinę ironii autora - "Cóż jest prócz sławy co warte?", pamiętając jednak, że jest tam też trochę prawdy ("gdy wszystko nic warte. Eviva l'arte!").

    Utwór "Eviva l'arte!" ma dla mnie osobiste, niezwykłe znaczenie. Przerwa-Tetmajer ukazuje w nim wyższość talentu nad chęcią gromadzenia bogactw. Wskazuje, że duma z własnej twórczości ważniejsza jest niż dobrobyt. Daje też nadzieję artystom, którzy pomimo prób twórczych wciąż nie znaleźli uznania. Według poety nie odbiera im to wartości. 

    Kto jeszcze nie zna lub zna słabo twórczość Kazimierza Przerwy-Tetmajera, zachęcam do poszukania jego utworów w Internecie czy też w bibliotekach i księgarniach. Tetmajer zasłynął swoim uwielbieniem do Tatr (nie tylko w poezji), ale również erotykami pełnymi niezwykłych treści. Ciekawy jest choćby utwór "Lubię, kiedy kobieta...", o którym może kiedyś jeszcze wspomnę coś na niniejszym blogu.

Tymczasem ściskam i pozdrawiam

Sil



środa, 14 stycznia 2026

Z szarego nieba

 

co jest takiego 
pomiędzy szarym lodem
a szarością nieba
że nie możemy patrzeć w oczy
czasem również szare


albo pomiędzy zielenią pleśni
na zapomnianych darach ciężko nabytych
nie soczystych i nie pachnących


albo pomiędzy zielenią świeżej trawy
mimo wszystko zdeptanej
bezmyślnie spalonej lub ściętej
zniszczonej

tym, co jest między jest człowiek
lecz nie przez wielkie C
zbyt wiele w nim bezmyślności
by zasłużyć na szacunek
z szarego nieba


Sil


poniedziałek, 12 stycznia 2026

Nad dzikim stawem, czyli zapraszam na kolejne mikro opowiadanie Silentii ;)


Nad dzikim stawem

Silentia


    Nie było tego wiele. Trochę ziaren, które Daniela zgarnęła z blatu po krojeniu chleba. Dosypała też odrobinę kaszy, która rozsypała jej się rano, gdy próbowała na szybko ugotować krupnik na najbliższe kilka dni i jeszcze trochę tego wszystkiego, co leżało w pudełku obok chlebaka - zbierała tam ziarna słonecznika oraz inne, które nadawały się, by zabrać je na codzienny spacer.        Szła zawsze, niezależnie od pogody. Co wieczór tuż przed snem. Musiała pomyśleć, poukładać sobie szarą rzeczywistość, a najlepiej myślało jej się podczas samotnej przechadzki. I miała szczęście, bo mieszkała w spokojnej okolicy na obrzeżach wielkiego miasta. Kameralny blok, w którym dwa lata wcześniej nabyła swoje pierwsze mieszkanie, położony był wśród drzew, zaraz za niewielkim osiedlem domków jednorodzinnych, pamiętających jeszcze czasy wojny. Tak się składało, że niedaleko był również dziki park z jeszcze bardziej dzikim stawem. Zbiornik miał maleńką wysepką po środku i upodobały ją sobie kaczki. Nosiła im więc ziarna, kaszę czy inne drobiazgi, które nadawały się do dokarmiania zwierząt. Teraz było to szczególnie ważne - była zima a kaczki z jej ulubionego miejsca nie odleciały. 

- One nie do końca są dzikie - wyjaśniła kiedyś starsza sąsiadka - Miały kiedyś dom. To stara rudera po drugiej stronie rzeczki. Kojarzysz stary mostek i zagajnik kilkaset metrów za osiedlem?

Kojarzyła. Bywała i tam na spacerach. Lecz te kaczki nie wyglądały na hodowlane a w ruderze, o której wspominała sąsiadka, od lat nikt nie mieszkał. Ale kto wie? Może było w tym ziarno prawdy, skoro kaczki nie odleciały do ciepłych krajów?

    Tego dnia jak zwykle wyszła przejść się przed snem. Myślała, żeby zabrać ze sobą latarkę, gdyż niebo było zachmurzone, jednak spadł śnieg i właściwie wystarczało jej tego światła, które odbijał. Zresztą drogę znała lepiej niż własną kieszeń i sądziła, że nawet w zupełnej ciemności trafiłaby na miejsce. Ubrała się więc ciepło, schowała płócienny woreczek z ziarnami do kieszeni płaszcza, a następnie ruszyła w swoją drogę.
    Na miejscu była już po kwadransie, ale od razu zrozumiała, że coś jest inaczej niż zwykle. Owszem, było cicho, jak zawsze, a kaczek nie było prawie słychać, czym się nie przejęła, bo ptaki nie nocowały po tej części stawu, tylko podpływały z wysepki ze środka zbiornika i to dopiero wtedy, gdy zauważyły, że sypie jedzenie przy brzegu. Bardziej zastanawiało ją, że teraz były rozproszone po całym stawie, trwając nieruchomo w przeręblach lub chodząc po lodzie. "Dziwne" - myślała, ale wysypała nazbierane ziarna i tak. Ptaki momentalnie zaczęły przemieszczać się w jej kierunku, lecz nim dotarły do brzegu, spłoszył się. To wtedy właśnie usłyszała siarczyste przekleństwo. I to nie obok czy zza pleców, lecz z samego środka jeziorka.

- Kto tam jest? - zawołała czując rosnący niepokój.
- Na pewno nie kaczka. Cholera! - odpowiedział jej męski głos - Masz tam jakąś latarkę?
- Nie wzięłam latarki. Kim jesteś i co tam robisz po ciemku?
- Pewnie nie uwierzysz, ale nie cieszy mnie to, że jest tu tak ciemno - usłyszała wściekły sarkazm -  A masz tam może chociaż telefon?
- Mam, ale...
- Zadzwoń do mnie na 564324553.
- Słucham?
- Cholera, kobieto! Utknąłem na kaczej wysepce montując kaczkom cholerne domki, żeby nie zmarzły im kupry i w zamian los postanowił, że moja latarka przestanie działać, a gdy zacząłem po omacku wracać na brzeg, bo oczywiście doznałem amnezji i zapomniałem, że latarka jest również w telefonie... jedno z tych wrednych ptaszysk postanowiło mnie dziobnąć w szyję, w efekcie czego upuściłem glupi telefon. Czy możesz, do cholery, zadzwonić do mnie i pomóc mi go znaleźć? Ślicznie proszę?

Zawahała się. A co jeśli to jakiś zboczeniec? Ale z drugiej strony... co by robił na tej wysepce wieczorem, w środku zimy...

- Dobrze, podaj jeszcze raz ten numer...
- 564324553. Masz?
- Tak, już dzwonię.

Przewróciła oczami, gdy gdzieś z zarośli doszedł ją dźwięk dzwonka z jakąś ciężką, rockową muzyką. "Kto w ogóle używa jeszcze dzwonków muzycznych?" - przeszło jej przez myśl.

- Dobra, mam. Dzięki. 

W oddali rozbłysło światło a wtedy coś sobie uświadomiła. Przecież telefon ma wbudowaną latarkę. Miała latarkę zawsze przy sobie, gdy szła na te kacze wyprawy... Wybrała odpowiednią aplikację i rozświetliła nieco okolicę dokładnie w momencie, gdy stanęła przed nią wysoka, męska sylwetka. Przystojna sylwetka, chciałoby się rzec...


- Cześć - mruknął właściciel sylwetki - Wracając do wcześniejszego pytania, jestem Darek. Dzięki za pomoc. 
- YY, cześć - udało jej się wykrztusić - Jestem Daniela... Hmm, czemu stawiałeś domki dla kaczek po ciemku? Czy gmina nie powinna robić tego w dzień?
- Gmina? Słonko, nie pracuję dla gminy. Na ostatnim spacerze z psem zobaczyłem, że te wredne ptaki nie mają gdzie zimować, a skoro nie odleciały postanowiłem je wesprzeć. Miały szczęście kacze dzioby, bo mam zakład stolarski. Tylko nie sądziłem, że będą takie niewdzięczne.
- Aha. 
- Dokładnie. Heh! Masz na imię Daniela? Serio?
- Tak. Co w tym niby dziwnego? - obruszyła się - I zaraz... Zakład stolarski? Ten dwie ulice dalej?
- Tak. Ten jeden jedyny w okolicy.
- Świetnie, więc te przeraźliwe dźwięki pseudo muzyczne, które się stamtąd wydobywają to twoja sprawka? - skrzyżowała ręce na piersiach - Nie może człowiek spokojnie przejść i pomyśleć. Dobrze, że nie masz zbyt blisko sąsiadów.
- Pseudo muzyczne? Przepraszam, ale to klasyka, złotko. I tak, najlepiej się przy tym rżnie... drewno.

Sama nie wiedziała, dlaczego jego dobór słów przywołał rumieniec na jej policzki, ale na wszelki wypadek wyłączyła latarkę i postanowiła się wreszcie pożegnać.

- Jak uważasz. Dzięki za pomoc kaczkom, ale muszę już iść. Dobranoc.
- Widziałem i tak - zaśmiał się.
- Co niby? - spojrzała na niego przez ramię.
- Rumieńce. A teraz chodź, odprowadzę cię. 
- Nie, nie trzeba. 
- Mam po drodze, więc możemy iść razem lub milczeć i udawać, że tego drugiego tu nie ma, jak wolisz.
- W porządku.

    Szli przez jakiś czas w milczeniu, które powinno stawać się irytujące, ale, o dziwo, nie było takie. Daniela ze zdziwieniem zauważyła, że towarzystwo nieznajomego z jakiegoś powodu jej nie przeszkadza. Czuła, że zerkał na nią od czasu do czasu i sama również nie pozostawała dłużna. Nie próbowali rozmawiać, choć nie miała wrażenia, że udają, iż tego drugiego tu nie ma. Miała wrażenie, jakby w ciszy rozkoszowali się tą nieoczekiwanie wspólną przechadzką, aż do momentu, gdy zatrzymali się nagle pod jej blokiem.

- Okej, dzięki za spacerek - wyszczerzył się do niej miejscowy stolarz, wielbiciel ciężkich dźwięków i rżnięcia... drewna.
- Nie ma sprawy - odpowiedziała drobnym uśmiechem, wahając się, czy nie zaprosić go na herbatę i wtedy ją olśniło - Ej! Skąd wiedziałeś, że tu mieszkam?
- To nie była trudna zagadka - przewrócił oczami - Codziennie wieczorem wychodzisz i wracasz z tej bramy.
- Skąd wiesz? - wybałuszał na niego oczy - Śledziłeś mnie czy coś?
- Nie popadaj w paranoję, sąsiadko. Wiem, bo chodzę o tej porze z psem na spacer. To, że ty masz wywalone na ludzi, których mijasz, nie oznacza, że nie zauważają cię inni.
- Aha. I nie mam wywalone. Po prostu wychodzę... pomyśleć.
- I nakarmić kaczki - uśmiechnął się, tym razem ładniej, spokojniej.
- I nakarmić kaczki - potwierdziła.

Stali jeszcze przez chwilę, a następnie mężczyzna skinął jej głową, pomachał krótko i odszedł szybkim krokiem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że nie zaprosiła go na tę herbatę. A może powinna w imieniu kaczek ugościć go jakoś? Podziękować. A może przestać się oszukiwać i przyznać, że mężczyzna po prostu wzbudza w niej nieokreślone, dawno zapomniane uczucia? Może tęsknotę za spotkaniem z płcią przeciwną... Odczuła zawód, że nie zaproponował, iż spotkają się kiedyś na jakąś kawę, czy coś takiego. Nie była już najmłodsza, może więc czas takich zaproszeń po prostu dla niej minął? Wcześniej, czekała na ten moment świętego spokoju, ale teraz? 
    Z ciężkim westchnieniem, powoli weszła do bramy i dalej po schodach do swojego mieszkania na drugim piętrze. Za oknem znów zaczął padać śnieg. Wzięła prysznic, zrobiła sobie filiżankę gorącej herbaty i rozsiadła się pod kocem z jakąś zapomnianą książką. Jej telefon zadźwięczał sygnałem przychodzącej wiadomości, sięgnęła więc po niego bez większej ekscytacji. Kto niby mógłby pisać do niej o tej porze?

"A i dzięki za telefon. Teraz łatwiej będzie cię zaprosić na kawę, bo przynajmniej już zauważyłaś, że istnieję. Jutro, gdy usłyszysz szczekanie zatrzymaj się na chwilę. Przedstawię cię Rymkowi. Darek"

Więc to wielkie, puchate bydle, które szczeka na kilometr za każdym razem, gdy ona akurat wychodzi na spacer ma na imię Rymek. Ciekawe...




fot. Silentia




piątek, 9 stycznia 2026

Dążenie

 

    Nie do racji powinniśmy dążyć, nie do jej udowodnienia, lecz do zrozumienia, że nie ma prawd obiektywnych. Z różnych perspektyw możemy zobaczyć różną rzeczywistość. "Nigdy nie wiesz, w jakiej wojnie bierze udział drugi człowiek" a jednak chętnie rzucamy osądami. Bądźmy ostrożni, patrzmy sercem, ale podpierajmy się rozumem.


Ludzie nie są tylko dobrzy albo źli. 

Nasze poglądy nie są jedynymi słusznymi.

W mediach nie każda wiadomość jest oparta na faktach.

Bądźmy cierpliwi, wysłuchajmy obu stron.

Nie zawsze zdążymy powiedzieć "przepraszam", dlatego nie zwlekajmy. 

Nie koniecznie zdążymy załagodzić spór, zanim druga strona zniknie. Zanim zostanie zdjęcie w czarnej ramce i dom, w którym nigdy już nie rozbłyśnie światło.


Silentia


środa, 7 stycznia 2026

Zabawny wierszyk z dzieciństwa, czyli jak szybko nauczyć się oksymoronów ;)

 

    Któregoś dnia pod koniec szkoły podstawowej, zawołała mnie koleżanka i zapytała, czy chcę usłyszeć coś bardzo zabawnego. Odparłam - "Jasne!" W efekcie usłyszałam następujący wierszyk:

"W słonecznym cieniu
na miękkim kamieniu
siedziała stojąc 
młoda staruszka
nic nie mówiąc 
rzekła do wysokiego pana
niskiego wzrostu
z długą brodą
bez zarostu
Jestem wdową bezdzietną
mam męża i troje dzieci!"

    Koleżanka wierszyk powiedziała mi tylko raz a mimo to pamiętam go do dziś. Nie jestem pewna, dlaczego akurat teraz mi się przypomniał, ale uznałam to za znak i postanowiłam podzielić się tym swoistym dziełem na read2sleep.pl. Próbowałam też odszukać autora utworu, ale niestety - wciąż tylko czytam na najróżniejszych stronach internetowych, że autor jest nieznany. Znalazłam za to wiele różnych wersji tekstu, które zaczynały się podobnie, ale kończyły różnie. Zawsze jednak treść opierała się na oksymoronach, w czym tkwił zabawny urok wierszyka. Być może to w Internecie tekst zaczęła żyć własnym życiem. :)

    Kogo rozbawił ten krótki żart a la poetycki, zachęcam do zgłębienia pozostałych jego wersji. Można je łatwo znaleźć w Internecie wpisując w wyszukiwarkę pierwszy wers.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


wtorek, 6 stycznia 2026

Ambicje rodziców a pasje dzieci, czyli co łączy krótki filmik w mediach społecznościowych i mój "Tylko jeden dzień"

 

    Minął już prawie rok odkąd na rynku ukazała się moja powieść "Tylko jeden dzień" (Silentia) i choć nie wszystko potoczyło się tak, jakbym sobie życzyła, jest już niewielkie grono czytelników książki. Myślałam ostatnio, że może warto byłoby napisać znów kilka ciekawostek na jej temat, ale ciągle coś stawało mi na drodze lub akurat postanowiłam napisać jednak inny post. I nagle dziś nadarzyła się pewna okazja...

     Przez zupełny przypadek, zobaczyłam o poranku krótki filmik o malutkiej dziewczynce, z której rodzice postanowili zrobić mistrzynię gimnastyki artystycznej. Filmik pokazano jako kontrowersyjny, gdyż zmuszana do nadmiernego wysiłku kilkulatka wyglądała na bardzo nieszczęśliwą. Zajrzałam do komentarzy i, tak jak się spodziewałam, dziewięćdziesiąt dziewięć procent osób komentujących uznało, że rodzice przez swoje chore, niespełnione ambicje robią dziecku z życia piekło. Myślałam o tym długo i chyba jednak przychylam się do większości opinii. Uważam, że proponowanie czy też próba zaszczepienia w dziecku swoich pasji jeszcze jest w porządku, ale zmuszanie kilkulatki do uprawiania sportu, którego wyraźnie nie lubi i nie chce, bo rodzice pragną mieć córkę-mistrzynię, to jednak przesada. Sama swoim dzieciom proponuję oczywiście różne aktywności, ale decyzja czy coś je interesuje, czy nie jest ich. Jeśli wyrażą chęć na daną aktywność, robię wszystko, aby hobby wspierać. Jednak nie wyobrażam sobie zmuszania dziecka do powielania moich pasji i nie wyobrażam sobie, żeby kosztem dziecka ratować niespełnione ambicje. 

    A teraz dlaczego wspomniałam tutaj o moje zeszłorocznej powieści "Tylko jeden dzień". Główny bohater - Adrian to sportowiec z zamiłowania, który trenuje przede wszystkim judo. Uwielbia to, jednak musi mierzyć się również z despotycznym ojcem, który sportowcem nie jest, ale sportem się pasjonuje i wymaga od syna, aby ten osiągał wyżyny. W pewnym momencie Adrian zaczyna odczuwać bunt i sam przyznaje, że jedyne co go zniechęca do jego pasji to jest właśnie jego ojciec. Poniżej wklejam wam zdjęcie kawałka strony 122 z mojej powieści, gdzie Adrian wspomina coś na ten temat :). Nie był to może aż tak istotny wątek, ale też nie znalazł się w powieści bez przyczyny. Od zawsze miałam w tyle głowy, że czasem największą barierą w realizacji naszych pasji są niestety nasi właśni rodzice. Coś o tym wiem niestety również i z własnego, dziecięcego doświadczenia.

     Kto jeszcze nie zna mojej powieści a lubi romanse obyczajowe - zachęcam, aby sprawdzić "Tylko jeden dzień" (Silentia). Opowieść o Ani i Adrianie pisałam z pasją, zaangażowaniem i miłością, dla osób podobnych do mnie. Wierzę, że takich ludzi jak my, lubiących proste historie pełne nostalgii i nadziei,  jest na świecie więcej.


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


   

fot. Silentia
(fragment  "Tylko jeden dzień" Silentia,
strona 122, 2025r.)

fot. Silentia


niedziela, 4 stycznia 2026

Silentia, czyli dlaczego Sil to Sil

 

    Kto pamięta jeszcze blog "Kim jest Sil?"? Zniknął już czas jakiś temu, gdyż założyłam go w bardzo konkretnym celu i, gdy cel zniknął - blog również. A dlaczego o tym piszę? Zaraz zobaczycie.
     Gdy powstawał read2sleep.pl, chciałam, aby był bardzo dedykowany czytanym przeze mnie książkom oraz (trochę później) mojej twórczości. Nie chciałam tu niczego innego, aby nie zaśmiecać treści. Wówczas, wzorem siebie z roku 2010, pozakładałam kilka blogów tematycznych, takich jak blog do publikowania "zwykłych" opowiadań, blog do opowiadań typu fan fiction czy właśnie "Kim jest Sil?", czyli blog, który miał zawierać informacje "o mnie". I jak to w życiu bywa, szybko pojawiło się kilka problemów. Po pierwsze nie miałam czasu, aby prowadzić cztery blogi na raz. Okazało się bowiem, że małe dzieci zabierają znacznie więcej wolności niż praca zawodowa ;). A po drugie, nie wiedziałam wówczas, że blogi trzeba specjalnie opisywać dla przeglądarek, więc nikt nie miał szansy dowiedzieć się, że istnieją, a co za tym idzie istnienie tych blogów nie miało sensu. Ostatecznie skupiłam się na read2sleep.pl, który jakimś cudem miał w miarę przyzwoite odsłony. Tylko co zrobić z resztą? Twórczość poetycką na chwilę wyeksmitowałam na Instagram, ale tam również niespecjalnie ktoś zaglądał, więc zrezygnowałam z takiego pomysłu. "O mnie" spróbowałam umieścić na silentiowym facebooku, ale to również nie bardzo wyszło. Na moich tematycznych blogach wciąż pojawiało się na tyle mało odsłon (poniżej dziesięciu...), że nie kusiło mnie, aby je prowadzić. Wróciłam więc do koncepcji, którą też już dawno temu przerabiałam (choć z innego powodu), gdy moje kilka blogów z lat 2010-2011 zamieniłam na jednego, zbiorczego i przy okazji ostatniego bloga ze "starych czasów", czyli z lat 2012-2013 - był to blog InsideArt.  Ostatecznie skonstatowałam też dwie rzeczy... Po pierwsze blogi odchodzą do lamusa, po drugie - nie uczę się na błędach. Usunęłam więc wszystkie strony oprócz read2sleep.pl i od dwóch lat szczęśliwie prowadzę tylko tę jedną jedyną.
     Na blogu "Kim jest Sil?" wyjaśniałam kiedyś szczegółowo skąd wziął się mój pseudonim, pisałam również o moich zainteresowaniach i hobby. Wspomniałam, że moją największą pasją jest pisanie i czytanie, a do nieco mniejszych należy pstrykanie zdjęć czy od czasu do czasu namalowanie obrazu. Pisałam również o mojej przygodzie ze śpiewaniem (jak choćby lata w chórach) i ogólnie muzyką. Opowiadałam, dlaczego przez lata nie dzieliłam się swoją twórczością, zwłaszcza poetycką i dlaczego do dziś nie ufam żadnym konkursom (o tym jeszcze kiedyś napiszę na read2sleep.pl, bo to ciekawa, choć smutna historia). Moich postów jednak prawie nikt nie czytał a ja długo nie wiedziałam, dlaczego. Dopiero po dwóch latach zrozumiałam, że przez mój brak doświadczenia z nowoczesnym blogowaniem, przeglądarki internetowe po prostu nie widziały moich postów. Nie było ich można znaleźć praktycznie w ogóle i dlatego nikt na nie nie wchodził. Usunęłam blogi z opowiadaniami, usunęłam też "Kim jest Sil?" ze wszystkimi informacjami "o mnie". Później nie przyszło mi do głowy, aby pisać aż tyle o sobie uznając, że moich Czytelników pewnie i tak to nie interesuje. Temu jednak zaprzeczył jeden z wydawców, z którym półtora roku temu rozmawiałam o mojej książce "Tylko jeden dzień" jeszcze na etapie uzgadniania warunków ewentualnej współpracy. Powiedziano mi, że ludzie lubią wiedzieć, czyje książki czytają i, że bardzo dobrym pomysłem jest umieszczanie na okładce kilku informacji o sobie oraz zdjęcia zaraz obok blurba. Na to jednak nie chciałam się zgodzić ani wtedy, ani później. Przy okazji... odradzano mi też używanie pseudonimu... :)
    A teraz o tym, skąd wziął się pseudonim Silentia. Może coś wspominałam na ten temat na read2sleep.pl, ale nie przypominam sobie, żebym wyjaśniała temat kompleksowo. Czas troszkę nadrobić. 
    Od roku około 2002 do mniej więcej roku 2011/12, istniałam w Internecie pod zupełnie innym pseudonimem. Był on już dość rozpoznawalny w pewnych kręgach tematycznych (związanych z fan fiction). Miałam swoje konta na najpopularniejszych czatach, forach tematycznych, a później na moich blogach. Gdybym podała Wam stary nick, prawdopodobnie znaleźlibyście trochę treści z nim związanych. Był to alias dość przewrotny, a jednocześnie zapożyczony po prostu z jednej z moich ulubionych powieści. Nie wymyśliłam go, tylko używałam. Gdy około roku 2011 zaczęłam mierzyć się ze swoistym hejtem w komentarzach na moim najpopularniejszym wówczas blogu oraz, przede wszystkim, w mailach, postanowiłam zakończyć sprawę. Usunęłam wszystkie blogi, które stworzyłam pod starym pseudonimem, w tym ten, który miał po dziesięć tysięcy odwiedzin miesięcznie. Tak, 10 000. Bez żadnego pozycjonowania, reklam a nawet specjalnych wzmianek na forach. Cała sprawa była dla mnie bolesna, ale chciałam odzyskać spokój. Przestałam wówczas sprawdzać maila powiązanego z tamtym blogiem a zamiast tego założyłam nowy. Zaczęłam też intensywnie myśleć nad innym pseudonimem. Ponieważ od około roku 2010 znana byłam z zamiłowania do motyli i zawsze nosiłam jakiegoś we włosach lub w uszach, postanowiłam, że to taki pseudonim wybiorę. Długo myślałam, długo szukałam. Ostatecznie zdecydowałam się na alias Papillonia, pochodzący z języka francuskiego od słowa "motyl". Gdy jednak tak zaczęłam się podpisywać, nieustannie (naprawdę nieustannie) pytano mnie, czy to od papilotów. W końcu się poddałam. Nie chciałam być kojarzona z papilotami i lokami, których absolutnie nie znoszę ;). Włosy proste, fale, ale nie poskręcane w drobne loczki. Wiecie dlaczego? Bo jak byłam nastolatką, moja ciotka za pomocą papilotów zrobiła mi przez przypadek afro. Chciała osiągnąć fale, ale nie spodziewała się, że moje włosy są aż tak podatne na skręcenie i w efekcie przez kilka dni nie mogłam sobie z tym poradzić. Wyglądałam gorzej niż źle, po prostu groteskowo. Od tej pory nie znoszę papilotów i drobnych loków, oczywiście u siebie. ;) I może przez to zacietrzewienie uznałam, że Papillonia musi odejść. Znów szukałam dla siebie pseudonimu i tym razem wybrałam coś innego. Były to czasy, gdy sporo czytałam oraz oglądałam filmów dokumentalnych o lokalnej atrakcji turystycznej a jednocześnie miejscu kultu, o Górze Ślęży. Historyczna, łacińska nazwa tej "Góry Milczenia" brzmiała Monte Silentii. Silentii - to słowo niezwykle mi się spodobało, poczułam też, że to jest to. Od tamtej pory stałam się więc Silentią, zdrobniale Sil. To pod tym pseudonimem prowadziłam swojego zbiorczego bloga InsideArt, który został zamknięty dopiero z powodu likwidacji całej platformy blogowej, a właściwie większości platform blogowych, które znałam. I to pod tym pseudonimem postanowiłam otworzyć kolejnego bloga po wielu, wielu latach przerwy. A ostatecznie pod tym pseudonimem zapragnęłam wydawać swoją twórczość.
    Jak pisałam w poście podsumowującym rok 2025, nie był to najszczęśliwszy wybór. Okazało się, że istnieje firma, znana w świecie medycznym, która posiada markę Silentia. Dopiero niedawno przekonałam się, że niestety ma to dla mnie spore znaczenie. Wpisując Silentia w wyszukiwarkę, większość odsłon będzie dotyczyć parawanów medycznych lub specjalistycznych wanien. Książki czy nawet mój całkiem dobrze radzący już sobie blog pewnie jeszcze długo nie wygrają w wyszukiwarkach internetowych z ogromną, popularną firmą. I w ten sposób niestety troszkę sama sobie zaszkodziłam. Pewnie jakimś rozwiązaniem byłby powrót do publikowania pod prawdziwym nazwiskiem, ale tego nie chcę. Będąc swojego rodzaju buntownikiem, postanowiłam mimo wszystko pozostać Silentią. Może doczekam kiedyś momentu, gdy wpisując w wyszukiwarkę "silentia" najpierw zobaczę odnośnik do swojej twórczości? Czas pokaże.
    A na koniec ciekawostka. Kilka osób pytało mnie kiedyś, dlaczego mój nick na Instagramie to p.silentia a nie po prostu silentia. Otóż "p" zostawiłam na pamiątkę... Papillonii ;).

Ściskam i pozdrawiam
Silentia aka Sil

fot. Sil





sobota, 3 stycznia 2026

Styczniowa "Wróżka", czyli co czytałam sobie w sylwestrowy wieczór

     

    Zacznijmy od tego, że czasopismo "Wróżka" kupowałam dotychczas tylko kilka razy w życiu i do tej pory wnętrze było dla mnie stosunkowo ciekawe. Pisałam o tym miesięczniku już kilkakrotnie a później przestałam, bo uznałam, że jednak nie jest warty tych kilkunastu złotych i mojego czasu. Nie mniej jednak, gdy w osiedlowym markecie zobaczyłam na koniec roku styczniową "Wróżkę", postanowiłam kupić ją sobie na sylwestrowy wieczór. Przejrzałam tytuły i stwierdziłam, co następuje - ciekawe jest nadal, ale znalazłam również kilka wad. 
    Zacznijmy od tego, o czym pisałam również rok temu - wielki horoskop na 2026, który jest specjalnie reklamowany na okładce, nie jest wielki, tylko znów zawiera parę zdań na krzyż. Trochę mało, jak na czasopismo o podobnej tematyce. Ponadto autorka jednego z artykułów używa nieprawidłowego sformułowania "wziąć na tapetę" zamiast "wziąć na tapet" i najwidoczniej nikt tego błędu nie zauważył. Skoro już zaczęłam od wad to dodam jeszcze, że autor najważniejszego artykuł miesiąca (w moim odczuciu oczywiście) troszkę dziwnie odnosi się do tematu, który dla mnie ma dość proste przesłanie, ale o tym za chwilę. Do zalety przejdę na końcu ;).
    Dobrze wiecie, Drodzy Czytelnicy, bo nie robię z tego tajemnicy, jaki mam stosunek do horoskopów. Nie piszę oczywiście o horoskopach urodzeniowych, bo to inna bajka i do tego tematu nie będę się w ogóle odnosić. Piszę o horoskopach miesięcznych czy rocznych "przewidujących przyszłość". Lubię je czytać od zawsze, ale od zawsze traktuję je również z ogromnym przymrużeniem oka. Jeśli są pozytywne, mówię sobie "Ale fajnie!" Jeśli są negatywne, mówię "Ale bzdury". W każdym miesiącu, w magazynie "Wróżka" horoskopów jest sporo. Ogólna prognoza astrologiczna plus po jednej pełnej stronie dla każdego znaku zodiaku (razem 12 ;)). Do tego w każdej "Wróżce" są jeszcze dwie strony horoskopu numerologicznego. Innymi słowy - jest co czytać. Tymczasem "wielki" horoskop na właśnie rozpoczynający się rok to 4 strony na 12 znaków i kilka zdawkowych zdań. Trochę czegoś innego spodziewa się człowiek, gdy bierze do rąk czasopismo o nazwie "Wróżka" ;).
    Sprawa druga, jeżeli "zwykły ktoś" mówi "brać na tapetę" to jestem w stanie uwierzyć, że nie ma pojęcia, iż w sformułowaniu nie chodzi o tapetę na ścianie, w telefonie czy komputerze. Gdy jednak taki błąd popełnia dziennikarz? To już jest dla mnie za dużo. Powiedzenie "brać na tapet" pochodzi z języka niemieckiego i jest związane ze stołem do obrad. Tapet to był po prostu stół przykryty zielonym suknem, na który trafiały sprawy do dyskusji. Dlatego mówimy brać na tapet a nie na tapetę. Błąd jest nagminny, podobnie jak np. krokodyle łzy. Większość ludzi w naszym kraju sądzi, że chodzi o ogromny, intensywny płacz, podczas gdy "krokodyle łzy" to inaczej łzy fałszywe. Tak, jak wspominałam wcześniej, gdy błędnie używają tych powiedzeń "zwykli" ludzie - tak bardzo mnie to nie razi. Jednak podobne błędy u osób zawodowo zajmujących się pisaniem? Moim zdaniem nie powinny się zdarzać, a jeśli się zdarzą - nikt nie jest doskonały, to powinna je wyłapać korekta.
    I jeszcze jedna niespójność, którą dostrzegam w styczniowej "Wróżce". Artykuł "Po co nam ten bal" (Kazimierz Pytko). W zasadzie po lekturze można powiedzieć, że tekst jest poprawny. Artykuł stwierdza, że nie ma astrologicznego powodu, żeby tak hucznie obchodzić przełom roku (31 grudnia i 1 stycznia), wyjaśnia, że wybór pierwszego stycznia na początek roku jest przypadkiem i analizuje historię kalendarzy. Ponadto autor przyznaje, że najważniejsza jest tylko symbolika zakończenia i początku, nie zaś sama data. Czego więc się czepiam? - mówiąc kolokwialnie. Ano tego, że czytając tekst "Po co nam ten bal?" miałam wrażenie, iż autor nie tylko nie docenia symboliki początku i końca, ale również podchodzi do nich bardzo sceptycznie. Nie odebrałam tego artykułu jako obiektywnego, a raczej nacechowanego pejoratywnie. Czy taki był zamysł dziennikarza? Nie wiem i pewnie się nie dowiem. Po prostu do mnie nie trafił.
    A co widzę pozytywnego w styczniowej "Wróżce"? Oczywiście rewelacyjny felieton Doroty Sumińskiej, znanej pani weterynarz. Uwielbiam czytać teksty Sumińskiej i rzadko mnie zawodzą. Gdyby "Wróżka" posiadała w swoim wnętrzu więcej takich treści, pewnie chętniej bym ją kupowała. Podobał mi się również, choć od razu powiem, że nie wszystko do mnie przemówiło artykuł "Szamanizm na każdy dzień" Marty Bitner. Fajny jest również tekst o tańcu intuicyjnym. Taniec do mnie nie przemawia i nie mieści się w kręgu moich zainteresowań a jednak nieraz sprzątając czy gotując pląsam sobie po kuchni. Oczywiście, gdy nie widzi mnie nikt spoza moich najbliższych :). Dla mnie to jest właśnie taniec intuicyjny, a nawet mimowolny... ;)
     Jeśli coś miałabym jeszcze polecić dla czytelników styczniowej "Wróżki" to będzie to artkuł "Zagubiony w czasie" Krzysztofa Kwiatkowskiego. Pamiętacie film "Powrót do przyszłości"? Jeśli byliście jego fanami lub po prostu wspominacie go z sentymentem - ten artykuł może być dla Was ciekawy.
    Najprawdopodobniej przez jakiś czas znów nie będę kupować magazynu "Wróżka", ale gdy znów się skuszę to na pewno dam znać na read2sleep.pl.


Ściskam i pozdrawiam
Silentia






fot. Sil

piątek, 2 stycznia 2026

Jeden, dwa, trzy! Baba Jaga patrzy! Czyli o tym, jak z hukiem rozpoczęłam nowy rok 🫣

 

    Zwyczajny wieczór, który różni się od innych tylko tym, że jest pierwszy dzień nowego roku. Pięcioletni syn prosi mamę, by przed snem pobawili się jeszcze w "Jeden, dwa, trzy! Baba Jaga patrzy!". Mama odpowiada, że dobrze, ale tylko raz, bo już trzeba się szykować do spania. Syn staje tyłem i mówi rymowankę, podczas gdy mama zakrada się do niego. Już dosięga dziecka, gdy chłopiec widząc to kątem oka, z impetem nagle się odwraca.
    Pierwszych kilku chwil mama nawet nie pamięta, a dalej leży na ziemi, krew jej leje się z nosa, który puchnie. Dzieci krzyczą i płaczą, tata je odciąga. Mama próbuje zatamować krwawienie. Po kilku minutach się udaje, ale jeszcze trzeba poleżeć z lodem na nosie i czole. Boli jak jasna... Okej, po prostu boli 😉

    Tak, to ja byłam tą mamą. Tak, 2026 rok rozpoczęłam z hukiem, krwią i w bólu. I teraz wyglądam jak bokser, który właśnie zszedł z ringu... Na szczęście złamanie jest bez przemieszczeń, ale i tak trochę kłopotów się pojawiło. Pociesza mnie tylko jedno, że to ja ucierpiałam a nie mój młody 😉

Ściskam i pozdrawiam
Silentia


Fot. połamana Sil


czwartek, 1 stycznia 2026

Śniegiem i deszczem, czyli mamy Nowy 2026 Rok

 

Kochani!


    Mamy niniejszym pierwszy dzień Nowego 2026 Roku. Jak minęła Wam noc? Mnie się całkiem nieźle spało aż do momentu, gdy o 23:30 zaczęły się pierwsze wybuchy... Nie ukrywam, że jestem przeciwniczką wszelkich fajerwerków, dlatego ledwo wytrzymałam do końca strzelaniny około godziny 1 w nocy. 

    Pożegnałam się z Wami wczoraj smutnym, pełnym żalu postem - dziś przeciwnie. Piszę pełna nadziei, radośnie i wesoło, pomimo niesprzyjającej pogody. Wczoraj mieliśmy bowiem śnieżycę, w nocy zaś padał deszcz. Nie udało się zmyć całego śniegu z okolicy, ale przynajmniej nocne opady deszczu oczyściły mi okna dachowe. Dziś jest raczej ponuro, raczej sennie, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Zapaliłam światełka na choince już o 8 rano, by się nimi nacieszyć przez ostatnie kilka dni. 

    Co planuję na najbliższe dwanaście miesięcy dla mojego read2sleep.pl? Nie będzie wielu zmian, ale coś tam nowego się pojawi. Przede wszystkim dalej będę umieszczać na blogu swoją szerokorozumianą twórczość - wiersze, mikro opowiadania, refleksje. W bieżącym roku pojawi się też sporo fotorelacji, gdy tylko znajdę chwilę na krótką wyprawę. Zauważyłam, że cieszą się one powodzeniem, więc nie będę się w tym roku ograniczać ;). Będą oczywiście moje komentarze i opinie. W miarę możliwości będę pisać o książkach, opowiadaniach, artykułach z najróżniejszej prasy oraz z portali internetowych. Opowiem też troszkę o sobie. Przypomnę, dlaczego Silentia to Silentia, czym się pasjonuję, czego nie lubię. Prawdopodobnie będę też wspominać o mojej pierwszej, wydanej pod pseudonimem Silentia, powieści. "Tylko jeden dzień" ukazał się już prawie rok temu. Może czas napisać znów kilka ciekawostek na jego temat? I na koniec pewna nowość! Będę co jakiś czas pisać o najróżniejszych akcjach charytatywnych. Czasem coś wyjątkowo mnie ujmuje i, choć do tej pory tylko wspierałam lub udostępniałam w swoich nieoficjalnych mediach społecznościowych, w tym roku postanowiłam wrzucić czasem jakiś post na ten temat również na blog. Dla przykładu poniżej wklejam zdjęcie zakupionego kalendarza charytatywnego od fundacji Koci Zakątek. Polecam tego typu gadżety. Są piękne, zdobią wnętrze, są użyteczne, ale przede wszystkim POŻYTECZNE.

    Celu ilościowego na 2026 rok nie wyznaczyłam sobie. Będę wstawiać posty na read2sleep.pl zawsze, gdy będę mieć taką możliwość. Myślę, że ta forma jest lepsza, bardziej naturalna niż odgórnie narzucony harmonogram...

    Drodzy Czytelnicy, składam Wam najlepsze, noworoczne życzenia! 2026 to numerologiczna jedynka - nowe początki, nowa podróż. Cieszcie się możliwościami, które znajdziecie na swoich drogach. I oby omijały Was przeciwności.

Ściskam i pozdrawiam

Silentia



fot. Silentia


środa, 31 grudnia 2025

Niech już się wreszcie skończy, czyli dawno tak niecierpliwie nie czkałam na Nowy Rok

 

    Zanim przejdę do najsmutniejszej refleksji na read2sleep.pl w tym roku, chciałabym zrobić krótkie podsumowanie techniczne bloga. Niniejszym prezentuję sto siedemdziesiąty post w tym roku i sześćset czterdziesty post na blogu. Sporo tego, nawet jak na ponad trzy lata działalności. Jak znalazłam  czas na stworzenie tyle treści? Nie mam pojęcia, ale jestem z siebie dumna. 😉 Z ciekawości zrobiłam wczoraj małą analizę statystyk i sprawdziłam, jakiego rodzaju posty są najczęściej czytane przez moich Czytelników. Oto wyniki.

1. Najchętniej czytane są recenzje książek publikowanych w aplikacjach do czytania typu Galatea i Novel. Jest to dla mnie, przyznam szczerze. pewnym zaskoczeniem.
2. Drugim najchętniej czytanym rodzajem postów są posty o osobach sławnych. Nie ma tych postów zbyt wiele, ale statystki mają imponujące ;).
3. Trzeci najchętniej czytany rodzaj postów na read2sleep.pl to (uff, całe szczęście! ;) ) moja twórczość około literacka, czyli moje wiersze!!! i opowiadania. Byłoby mi nieco smutno, gdyby ta część mojego bloga nie znalazła się na podium, więc bardzo dziękuję, Kochani!
4. Tuż za podium mamy... Uwaga, uwaga! Fotorelacje! Cieszę się! Uwielbiam wrzucać Wam fotki z moich krótkich wypraw.
5. Chętnie czytane są również moje wypowiedzi o rynku książki, o wydawnictwach. Dziwne, prawda?😉
6. Co ciekawe, informacje o zagranicznych powieściach nie mają aż tak wielu odsłon. Jest to dla mnie największym zaskoczeniem, gdyż to z ich  powodu właśnie założyłam blog read2sleep.pl ;). Może po prostu klasycznych stron/blogów z recenzjami książek jest zbyt wiele?
7. Pozostałe posty mają pojedyncze odsłony, ale jednak jakieś mają, więc póki co niczego nie usunę i będę obserwować, co dalej.

A teraz, Kochani, przechodzę do podsumowania Roku 2025...

    Jak ja się cieszę, że mam to już za sobą! (Tzn. prawie...) 1993, 1994, 1998, 2012, 2015, 2019 (choć nie cały, na szczęście)  - są to lata, które znalazły się na mojej czarnej liście. To do nich niniejszym dołączył rok 2025! Ponieważ jest to siódmy tego typu rok, mam nadzieję, że w myśl starego przysłowia o siedmiu latach chudych i siedmiu tłustych, niniejszym te trudne już nie będą się w moim życiu pojawiać. Tłustych jeszcze nie miałam, tylko takie normalne, więc teraz czekam na tłuste 😉.  Rok 2025, o którym horoskopy zgodnie pisały, że ma być MOIM ROKIEM, rokiem mojego nieprzerwanego szczęścia i sukcesu, stał się zamiast tego moją traumą. Chcę, żeby odszedł. Chcę o nim pamiętać, ale tylko ku przestrodze. Chcę, żeby się już nie powtórzył. 

Zacznijmy od początku...

    Styczeń... po wielkiej radości i wielkiej nadziei związanej z premierą mojej pierwszej wydanej pod pseudonimem Silentia książki -  "Tylko jeden dzień", nastąpił zgrzyt. Powieść wydrukowano z błędnym ISBN. Z tego powodu, w momencie premiery i jeszcze wiele tygodni później, nie była dostępna do sprzedaży, a co za tym idzie nikt, kto zobaczył ją w mediach społecznościowych czy na niniejszym blogu, nie mógł jej nabyć. Gdy już "problem rozwiązano" i otrzymałam w końcu informację, że książka wreszcie trafiła do sprzedaży - ZONK! Spróbowałam ją kupić i niestety. Zamiast testowego egzemplarza własnej książki otrzymałam... zwrot pieniędzy, bo pozycja była niedostępna. Napisałam do Wydawnictwa z prośbą o wyjaśnienie i otrzymałam informację, że akurat zmieniają hurtownię. Do dwóch tygodni sprawa miała się rozwiązać. Niestety, zamiast dwóch tygodni było ich kilka razy więcej i nagle okazało się, że powieści nie można wciąż nabyć pod żadną postacią, choć od premiery minęły już cztery miesiące... Cóż... później  nie wiem, jak było, bo od rana do nocy byłam zajęta innymi sprawami, związanymi z nauką, pracą, szkołą, dziećmi, zdrowiem... Pogarszającym się zdrowiem, niestety. Chcąc nie chcąc przestałam monitorować sprawę dostępności książki. Gdy zaś myślałam, że już na pewno powoli wszystko się układa, spotkał mnie osobisty ból, osobista strata, której poświęcę więcej niż trochę miejsca w osobnym akapicie... Książka znów odeszła w moim życiu na dalszy plan. Nie wiedziałam, co się z nią dzieje i może tak było lepiej...
    Powoli radziłam sobie. Ratowały mnie dzieci, którymi musiałam się zająć pomimo bólu. Ratował mnie też nadmiar obowiązków i blog. A gdy jako tako się otrząsnęłam i znów chciałam sprawdzić, jak się ma książka, nad którą myślałam i pracowałam od wielu lat, na której wydanie oszczędzałam pieniądze, by wydać ją na własnych warunkach i nikogo o nic nie prosić, stało się coś jeszcze innego. Moja książka znów na kilka miesięcy zniknęła ze sprzedaży przez atak hakerski na hurtownię, z której usług obecnie korzysta Wydawca. Nie wiem już teraz, czy śmiać się, czy płakać. Rok premiery mojej debiutanckiej powieści jako Silentii, mojej dopieszczonej romantycznej historii "Tylko jeden dzień", był rokiem, w którym książka była praktycznie niemożliwa lub bardzo trudna do zakupu! A jakby tego było mało, nie trafiła nawet do bibliotek z listy egzemplarzy obowiązkowych i Wydawnictwo nadal nie potrafi mi powiedzieć, dlaczego ich tam nie ma. Dostaję tylko co kilka tygodni informacje, że sprawdzą i nadal nic. 
    Pojawił się też problem z pozycjonowaniem powieści w Internecie, gdyż - jak już kiedyś wspominałam na read2sleep.pl - od momentu nadania przeze mnie tytuły do faktycznego wydania książki minęło trochę czasu. Pod tytułem "Tylko jeden dzień" zdążyła już napisać oraz wydać inną powieść i to romantyczną... inna osoba. Okazało się też, że mój pieczołowicie przed laty wybrany pseudonim stał się pewnym problemem, gdyż Silentia to również firma produkująca między innymi parawany medyczne. Jest to firma wielka i znana, a przez to trudno się przebić mojemu pseudonimowi w sieci. Autorka Silentia (o powstawaniu mojego pseudonimu opowiem Wam jeszcze raz w przyszłym roku) długo jeszcze nie pokona w Internecie firmy produktów marki Silentia i to również wpływa na możliwość odnalezienia mojej książki w sieci. Na razie o mojej książce możecie poczytać na stronie lubimyczytac.pl (https://lubimyczytac.pl/ksiazka/5178469/tylko-jeden-dzien).
    Cóż, nauki Zen mówią, że "co straciłeś, nigdy nie miało być twoje". Może jest jakiś powód, dla którego straciłam potencjał swojej pierwszej, wydanej powieści romantycznej. Może kiedyś dostrzegę w tym sens. Teraz go nie widzę, ale może czas mi go pokaże.

    A teraz druga a jednocześnie ważniejsza i trudniejsza sprawa, druga DUŻA czy też NAJWIĘKSZA, bo mniejszych jest lista, która sięga pewnie kilometra... Jest to oczywiście strata, strata ostateczna. W połowie mijającego roku straciłam jedną  z najbliższych mi osób. Strata ta była nie tylko zupełnie niespodziewana, ale przede wszystkim niepotrzebna i okrutna. Przez błędy, szereg błędów lekarzy - ludzi, którzy mieli przecież ratować a nie odbierać życie, odeszła moja Babcia. Miejsce, do którego pojechała sama, uśmiechnięta, w letniej sukience... Szpital o dobrej sławie, w którym miał być przeprowadzony prosty zabieg (nawet nie pod narkozą!) a zakończył się śmiercią i to śmiercią okrutną... Nie mogę tego przeboleć. Nie mogę się z tym pogodzić. Nie było choroby, nie było nieszczęśliwego wypadku. Był tylko błąd, kolejny błąd i wreszcie ten ostateczny. Babcia z nikim się nie pożegnała, za dwa dni mieliśmy się z nią spotkać przy wspólnym stole. Pojechała z torebeczką i pewnością, że na drugi dzień będzie w domu. Nigdy już nie zobaczyła swoich prawnuków, wnuków ani dzieci.
Pocieszając innych mówiłam, że po prostu nadszedł jej czas i trzeba się z tym pogodzić. Uwierzyli mi, ale ja nie jestem w stanie przekonać samej siebie.

    Wobec powyższego wszystkie inne sprawy wydają się błahe. Choć i przez moją powieść smucę się nocami, to jednak tego bólu po stracie Babci nie mogę porównać z niczym. Nie jestem młoda i straty wśród bliskich bywały już w moim życiu, ale to były straty sensowne, uzasadnione - choroba, wypadek... Z tą, pozbawioną większego sensu śmiercią, nie pogodzę się chyba nigdy.

    Rok 2025 to było również sporo rozsypywania się wszystkiego, co mnie otacza. Popsuło mi się mnóstwo sprzętów w domu i bez niektórych musze się wciąż obywać. Popsuło mi się zdrowie, popsuły mi się relacje międzyludzkie... Rozluźniły mi się stosunki z wieloma, naprawdę bliskimi mi osobami, pogorszyły się relacje z osobami, z którymi muszę współpracować. Oszukali mnie nawet sprzedawcy ;). Szwankujący wzrok ograniczył moje możliwości czytania wieczorami.  Stało się tak wiele innych, niefajnych rzeczy. Nie, nie będę tęsknić za rokiem 2025.

    Ale na koniec, po oczyszczającym tekście, w którym podzieliłam się ze "światem" swoim żalem, przez co czuję, jakbym trochę zrzuciła go z własnych pleców, mam ochotę zasiać iskierkę nadziei. Kilka godzin wcześniej szukałam czegoś w mediach społecznościowych i nagle natrafiłam na zdjęcie kobiety w rękawicach bokserskich. Zdjęcie było czarnobiałe, nostalgiczne. Pod spodem znalazłam napis. Był to tekst, który brzmiał mniej więcej tak "Rok 2025 nauczył cię walczyć z przeciwnościami. Rok 2026 nauczy cię cieszyć się z osiągniętego sukcesu."

    I tym optymistycznym akcentem, żegnam na read2sleep.pl rok 2025! W Nowym 2026 Roku życzę Wam oraz sobie UKOJENIA.

Ściskam i pozdrawiam
Silentia


fot. Sil


Małe światełka z rana, czyli WrocLove

 

    To nie będzie dziś jedyny post na read2sleep.pl. Za parę godzin dodam kolejny. Ponieważ jednak ostatni post w tym roku będzie nieco smutny, zacznę od krótkiej wzmianki o czymś pozytywnym. 

    Jako mieszkanka obrzeży miasta, poruszam się po Wrocławiu komunikacją miejską i w tym roku czekała mnie oraz tysiące innych pasażerów pewna miła niespodzianka. Otóż od jakichś dwóch tygodni po Wrocławiu, a przynajmniej na mojej stałej trasie, kursuje poza rozkładem niezwykły autobus-choinka! Jest w nim mnóstwo światełek, naklejek świątecznych łańcuchów i... uśmiechniętych ludzi, bo nie ma nic przyjemniejszego niż, gdy wsiada się na przystanku, na którym marzło się od kilku minut, w ciepły, rozświetlony autobus miejski, który w dodatku nadjechał niespodziewanie ;). Poniżej kilka malutkich fotek :D.


Ściskam i pozdrawiam

Sil




fot. Sil


Najpopularniejsze posty :)