czwartek, 5 marca 2026

Krótki komentarz do wywiadu z Michałem Michalskim, czyli dlaczego tak wiele osób pisze książki...


    Kilka dni temu podpowiedział mi się w mediach społecznościowych wywiad z Michałem Michalskim - dyrektorem wydawnictwa ArtRage. Widziałam już wcześniej, że jest taki wywiad, ale był w materiałach płatnych na jakimś tam portalu, więc nie zdecydowałam się go przeczytać. Tym razem podano linki do portalu kobieta.gazeta.pl (link -> TUTAJ) i mogłam wreszcie bezpłatnie zapoznać się z treścią. Cóż, nie powiem, że jest tu wiele zaskakujących dla mnie faktów. Wręcz przeciwnie, o większości spraw, które porusza Michał Michalski już czytałam, słyszałam, czy znam je z autopsji. Jest też kilka uwag pana Michała, kilka refleksji - z niektórymi zgadzam się w pełni, z innymi niekoniecznie. 

    Pytanie, które zawsze nasuwa mi się w momencie, gdy ktoś wspomina, że za dużo osób w dzisiejszych czasach pisze książki, to jest "Dlaczego ktoś ma nie napisać książki, jeśli ma na to ochotę?" Dlaczego wszyscy mogą np. jeździć na rowerze w ramach hobby, ale np. pisanie książek ma być zarezerwowane dla wąskiej grupki osób? Kochani, nie każdy, kto jeździ na rowerze, zostanie mistrzem świata w kolarstwie, nie każdemu nawet przyjdzie do głowy, by wziąć choć raz w życiu udział w jakichkolwiek zawodach. A jeśli nawet weźmie, rzadko stanie się mistrzem. Mistrzami, faktycznie, zostaje tylko garstka. Podobnie z pisaniem książek. Nie każdy, kto napisze książkę zdecyduje się na próbę jej wydania i to jest w porządku. A jeśli ktoś się zdecyduje, ale jego książka nie zostanie zakwalifikowana do wydania? Zdarza się i tak. Dlaczego nie spróbować? Pan dyrektor Michalski, jak i inni redaktorzy z polskich wydawnictw, pragnęliby pewnie, aby na ich skrzynki mailowe trafiały jedynie dzieła na miarę literackiej nagrody Nobla, ale wtedy po co byliby pisarzom wydawcy? Jeśli mielibyśmy pewność, że stworzymy nową epopeję narodową, to po co nam pośrednik? Piszemy, drukujemy na żądanie w drukarni i już. Tak to nie działa. Każda książka ma pewnie potencjał, tylko czasem jest on zbyt mały, by w nią zainwestować. Trzeba też ocenić na podstawie doświadczenia, czy będzie jakiekolwiek zainteresowanie takim dziełem. Tego pisarz nie oceni sam, do tego potrzebuje fachowców i dlatego wysyła propozycje wydawniczą. Ale to też nie jest tak, że jeden redaktor, który oceni dzieło jest nieomylny. I tu się zgadzam z panem Michalskim - jeśli naprawdę wierzy się w swoją książkę, dobrze jest spróbować sił w wielu miejscach.

    Michał Michalski uważa, że polscy pisarze nie mają żadnych umiejętności literackich. I tu się raczej zgodzę, ale... Po pierwsze, od tego jest redakcja, aby ukształtować właściwą formę do świetnej treści. Po drugie, skąd mają mieć umiejętności, jeżeli edukacja polonistyczna w naszym kraju nagradza korzystanie ze schematów a nie kreatywną twórczość? Po trzecie, często sami wydawcy przyczyniają się do tego, że kiepska książka staje się bestselerem. Co mam na myśli pisząc "kiepska" - np. bez wyrazistych postaci, z nielogiczną, niespójną fabułą, z przesadnie szczegółowymi, nic nie wnoszącymi do treści opisami, z błędami różnej maści. Często wydaje się również dzieła, które są podobne do tych, które wydawało się już wcześniej. Tak podobne, że czytelnik się zastanawia, czy już na pewno tego wcześniej nie czytał... Wielu ludziom to pasuje, ale jaki to ma wkład w dorobek literacki naszego kraju?

    I na koniec... Ciągle, z różnych stron, słyszę, że w Polsce jest więcej pisarzy niż czytelników (oczywiście to odrobinę przesada ;)) i jest to troszkę smutne, ale jak powiedziała kiedyś noblistka Toni Morrison: If there's a book that you want to read, but it hasn't been written yet, then you must write it. (W wolnym tłumaczeniu: Jeśli jest książka, którą chcesz przeczytać, ale jeszcze nikt jej nie napisał, musisz ją napisać). 


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


fot. Sil


wtorek, 3 marca 2026

"W brzozowym zagajniku", czyli mikro opowiadanie dla uczczenia Dnia Pisarza ;)


W brzozowym zagajniku

Silentia


    "Zimno" - pomyślała Łucja i miała ochotę powiedzieć to na głos, ale nie znalazła powodu. W pobliżu nie było nikogo, kto mógłby jej zacząć współczuć. Sama dla siebie? I tak już to wiedziała. Po co więc strzępić język? Tego dnia miała być pełnia księżyca i wyszła na spacer, aby jej się przyjrzeć. Ale był środek słonecznego dnia, a w słoneczny dzień na błękitnym niebie niekoniecznie da się dojrzeć pełnię. Czasem tak, ale najwidoczniej nie dziś. Wzruszyła ramionami, mocniej zawiązała obszerny sweter, a następnie ruszyła w przeciwnym kierunku, niż początkowo zamierzała iść. 
    Nie mieszkała w centrum miasta, choć była mieszczuchem. Lubiła gwar miasta, szum urządzeń, piękno zabytków na starówce i nowoczesne biurowce - przeszklone, sięgające chmur, pełne światła, które kradły słońcu. Ale nie lubiła tłumu, a centrum tak dużego miasta zawsze oznaczało tłum. Poszła więc z samą sobą na kompromis - praca w centrum, mieszkanie daleko od niego. Miało to dodatkowe plusy, mieszkania na obrzeżach miasta były znacznie tańsze... Mogła więc cieszyć się urbanistycznymi udogodnieniami od poniedziałku do piątku, w weekendy zaś uciekać na łono natury. Tak, jak dziś, choć dziś nie był weekend. Była nudna środa, ale kazano jej odebrać zaległy dzień wolny. Kiedyś tam przyszła w sobotę do biura. Nie przeszkadzało jej to, ale była obowiązkowa z natury. Jeśli szef zlecił odebranie wolnego dnia to nie zamierzała dyskutować. 
    Nie minęło więcej niż kilka minut, gdy dotarła wreszcie do niewielkiego lasku na obrzeżu jej osiedla. Nie było tu gęstwiny drzew, mroku krzewów, ani nawet wilgoci. Lasek był młody i wyjątkowy. Żadnych świerków, sosen ani dębów. Tylko kilkadziesiąt brzóz delikatnie tańczących na wietrze. A i ten jeden jedyny krzew leszczyny, jakby niepasujący do reszty... Skądś to znała. Był marzec i jeszcze nie widać było liści, ale sam szum cieniutkich gałązek przy białoszarych pniach działał na Łucję kojąco. Spacerowała dłuższą chwilę, ciesząc się powracającym śpiewem ptaków. "Kosy?" - zastanawiała się, ale ornitologia to nie była dziedzina, w której miała jakąkolwiek wiedzę. Wzruszyła ramionami, przymknęła oczy i przystanęła na chwilę, by poczuć ciepłe promienie przedwiosennego słońca. Tak, to była przyjemna chwila, ale niestety szybko została zmącona, gdy z jej niewielkiej torebki przewieszonej przez ramię na skos, dobył się irytujący dzwonek telefonu. "Muszę zmienić dźwięk dzwonka" - przeszło jej przez myśl.

- Tak? - odezwała się pospiesznie widząc, że dzwoni koleżanka z pracy. Marcelina była właściwie jej jedyną przyjaciółką, ale skoro dzwoniła o tej porze, nie oznaczało to, że dzwoni na pogaduchy.
- Łusia, gdzie jest teczka Alfeksu? - zaczęła bez przywitania.
- Mnie też cię miło słyszeć i może "cześć"? - mruknęła więc w odpowiedzi.
- Cześć, kochana, przepraszam, ale dość się spieszę. Później opowiem. Wiesz, gdzie ta teczka?
- Wczoraj zabrał ją szef IT. Nie oddał przed końcem dnia.
- Cholera. Szczyrk? Nie ma go dziś - Marcelina słyszalnie wypuściła powietrze - Muszę ją mieć za pięć minut, prezes Alfeksu.... tak jakby jest tu i domaga się pewnych wyjaśnień.
- Od ciebie?
- Nie, od ciebie, ale tak się składa, że cię zastępuję.
- Zadzwoń do Szczyrka, niech powie, gdzie dał tę teczkę.
- Nie mogę, ma wbity urlop.
- A ja to co?
- A ty jesteś moją przyjaciółką. Dobrze, kochana, muszę kończyć. Zdzwonimy się, pa.
- Pa... - odpowiedziała pospiesznie, ale i tak wiedziała, że już nie zdążyła. Marcelina rozłączała się w tej sekundzie, w której powiedziała "pa".

    Łucja schowała telefon do torebki i rozejrzała się po okolicy, jakby ta jedna, krótka rozmowa sprawiła, że czas zatrzymał się na moment. Przez sekundę nie wiedziała, gdzie jest, czego tu szuka i dokąd powinna iść, ale na szczęście szybko wróciła orientacja i mogła ruszyć przed siebie, choć beztroska chwila minęła bezpowrotnie.
    "Dlaczego Szczyrka nie było dziś w pracy?" - mimowolnie zaczęła się zastanawiać. Nie pracowali razem, ich działy nie mieszały się. Ona - jedna z licznych księgowych w firmie, on - szef działu IT, najważniejszego działu w instytucji, jak to mówił ich prezes. Miał na imię Łukasz i był naprawdę przystojnym mężczyzną, ale Łucja nie wiedziała o nim zbyt wiele. Tylko tyle, że rozstał się z żoną, że przeżył jakąś tragedię przed dwoma laty. O tym huczała cała firma, ale ją plotki raczej omijały. Nie była z tych, którzy dwadzieścia razy w ciągu dnia robili sobie przerwę na kawę. Może dlatego, że kawy w ogóle nie piła? Ona sama też była po przejściach. Jej mąż... również się rozeszli. Zostawił ją, gdy okazało się, że nie może mieć dzieci. Nie mogła w to wszystko uwierzyć. Jej niepłodność nie była tajemnicą, wiedział to przed ślubem i twierdził, że on i tak dzieci nie planuje. I nagle, po trzech wspólnych latach okazało się, że związał się z kimś, kto mu wkrótce dziecko urodzi. "Zawsze chciałem być ojcem, przykro mi Łusiu" - tłumaczył. Ale to było kłamstwo lub okłamywał ją wcześniej. Tylko po co? Po co się z nią związał, skoro zawsze chciał być ojcem? Nie mogła zrozumieć jeszcze długo po rozwodzie, ale teraz? Teraz już jej to nie obchodziło. Nie była już młodą, zdradzoną dziewczyną. Była pewną siebie kobietą żyjącą dla siebie samej. Nie zależało jej na nowym związku, jednak lubiła od czasu do czas pofantazjować sobie o mężczyznach spotkanych na swojej drodze. Jednym z nich był Łukasz Szczyrk, przystojny, ponury kolega z pracy.
    Dochodziła już na skraj lasku, gdy do jej uszu doszedł podenerwowany, męski głos.

- Powtarzam! Nie mam pojęcia, gdzie jest ta teczka. Odniosłem ją do archiwum! - ktoś zawołał, więc instynktownie  odszukała wzrokiem tę osobę - Nie, nie ma jej u mnie na sto procent. Jeśli nie ma w archiwum to nie wiem, gdzie jest. Przykro mi. Na razie.

Łucja poczuła dziwne drżenie w całym ciele, gdy mężczyzna rozmawiający jeszcze przed sekundą przez telefon nagle odwrócił się w jej kierunku. Nim jednak zdążyła umrzeć ze zdziwienia, znów rozdzwonił się jej własny. Bezmyślnie spojrzała na wyświetlacz, jakimś cudem rejestrując, że znów dzwoni Marcelina. Nie nacisnęła jednak słuchawki, aby odebrać połączenia. Zamiast tego głęboko z płuc wyrwało jej się pytanie

- Co ty tu robisz? 
- Dzień dobry! - przyglądał się jej przez chwilę - Nie odbierzesz?
- Za chwilę. Już rozmawiałam z Marceliną. 
- Ty też?
- Też.
- Alfeks?
- Tak. 
- Ty jej powiedziałaś, że wziąłem ich dokumenty?
- Przecież wziąłeś.
- Tak, ale odniosłem - podszedł bliżej, za blisko jak na gust Łucji - Nie zauważyłaś?
- Musiało mnie już nie być.
- Byłaś - mruknął - Byłaś, ale jak zwykle udawałaś, że mnie nie widzisz.
- Nie udawałam, po prostu nie widziałam cię - wzruszyła ramionami.
- Więc jest gorzej niż myślałem. Ignorujesz mnie celowo?
- Co takiego?
- Nic.

Zamilkł, ale Łucji szumiało w uszach. "Czy ignoruję go? Jak to? Przecież nigdy nawet dłużej nie rozmawialiśmy." - myślała gorączkowo - "Raz zapytał, czy nie napiję się kawy. Raz chciał wiedzieć, czy zalać mi herbatę. Było tego trochę, ale... Ale zawsze odpowiadałam, że dziękuję". Owszem, Łucja fantazjowała o nim niejednokrotnie, ale nigdy nie sądziła, że on jest w jakimkolwiek stopniu zainteresowany nią. 

- Włamałem się do danych personalnych - Łukasz zacisnął zęby, ale po chwili kontynuował - Sprawdziłem, gdzie mieszkasz. 
- Co zrobiłeś?
- Nie zwracasz na mnie uwagi. Musiałem spróbować.
- Włamałeś się do danych personalnych?
- No dobrze, mam do nich dostęp. Po prostu, nie powinienem z nich... korzystać.
- To jest karalne! 
- Okej, możesz zgłosić to na policję. Ale najpierw jedno pytanie. Pójdziesz ze mną na kawę?
- Co?
- Na litość - przewrócił oczami - Kobieto, od pół roku próbuję się z tobą umówić. Dziś postanowiłem zaryzykować, wziąłem wolne i postanowiłem cię odszukać. Słyszałem, jak mówiłaś Marcelinie, że masz wolne i wybierasz się na spacer po okolicy. Dlatego, proszę, chodź ze mną chociaż na kawę.
- Nie mogę - Łucja pokręciła głową, czując, że serce wali jej w piersi jak oszalałe. 

Czy zakładowy przystojniak Łukasz Szczyrk, o którym od czasu do czasu sobie fantazjowała naprawdę wziął w pracy urlop na żądanie, aby spróbować zaprosić ją na kawę? To było jak... opowieść fantasy.

- Dlaczego nie możesz? - wyglądał na zawiedzionego. Tak smutno, że aż komicznie i Łucji wyrwało się krótkie, wesołe parsknięcie - Co w tym zabawnego?
- Nic, przepraszam.
- Więc dlaczego nie możesz wybrać się ze mną na kawę? To tylko kawa.
- Owszem to tylko kawa, jednak ja, drogi kolego z pracy, po prostu nie pijam kawy...  Ale mogę zaproponować ci herbatę w mojej kuchni.
- W porządku! Wezmę co mi dasz! - Łucja zobaczyła, jak do jego oczu powraca blask - Idziemy od razu, czy chcesz jeszcze dokończyć spacer?
- Chcę dokończyć spacer, ale sama. 
- Więc co ze mną? Mam tu zostać?
- Nie, wróć do mojego mieszkania i zaczekaj na mnie na osiedlu. Furtka będzie otwarta, jak znam życie. Są ławeczki. W końcu adres już znasz...

Uśmiechnęła się do niego. Ładnie. Ładniej niż dotychczas, gdy nieśmiało mijała go na korytarzu w pracy. Ładniej niż, gdy odmawiała kawy w kuchni dla pracowników. Teraz uśmiechnęła się tak po prostu, z nadzieją. A Łukasz? Odpowiedział tym samym.


Koniec


 

fot. Sil

poniedziałek, 2 marca 2026

Radość życia...

gdzieś mi się zapodziała
może odpłynęła ze śniegiem?
z roztopami, których było
jakby za wiele w tym roku


lub pomiędzy suche liście
wplątana od dawien dawna
zapodziała się w wietrze
tak jakby z jego rozpędu


lub nagle schowana pod kamieniem,
który 
ktoś mi położył na sercu
i ciąży przy każdym oddechu
wdech wydech, byle do przodu


byle nie zmylić kroku...


albo może jednak 
straciłam w grupie stłoczonej
wszystkich straconych nadziei
i planów splątanych,
gdy zacisnęły się w pętlę


Sil


fot. Sil


niedziela, 1 marca 2026

"Wiosna - ach to ty!" Czyli "nareszcie!"

 

    Cytatem z Marcha Grchuty chciałam zacząć ten piękny miesiąc, w którym pokładam ogromne nadzieje. Marzec od zawsze kojarzył mi się z marzeniami, a przede wszystkim z dobrym czasem na ich spełnianie. Z kilkoma giga problemami roku 2025 zdążyłam się już częściowo pogodzić i oto stoję w pierwszy dzień meteorologicznej wiosny, skąpana w słońcu w moim ogrodzie, który przygotowywałam na ten dzień od dwóch dni. W tym roku we Wrocławiu wiosna zaliczyła, co prawda mały falstart i przyszła właściwie 27 lutego, ale akurat niespecjalnie jestem na nią o to zła. Oby tylko już nie uciekła aż do lata! Amen.


    Kochani! W marcu na read2sleep.pl będzie co poczytać (mam nadzieję 😊). Zamierzam wstawić kolejne mikro opowiadanie, zamierzam też udać się na pierwszy wiosenny spacer i wkleić fotorelację. Znajdziecie tutaj odrobinę moich wierszy (jak zwykle) a jak czas pozwoli może i recenzję. Jedna Was na pewno zaskoczy, ale inne będą w starym, dobrym stylu. 

    Serdecznie dziękuję za liczne odwiedziny na moim blogu w lutym i zapraszam ponownie :).


Ściskam i pozdrawiam

Sil


świeżo zasiana trawa ;)
fot. Sil


wtorek, 24 lutego 2026

Pierwsza książka mojego dziecka, czyli tytuł - nie fakt ;)

 

    Choć publikację "Pierwsza Książka Mojego Dziecka" mam od dawna, tytuł nie zgadza się z rzeczywistością, gdyż zanim dostałam ją w swoje ręce,  mój syn trzymał w maleńkich łapkach już inne publikacje. Były to początkowo małe, miękkie książeczki obrazkowe. Później zaś opowiadania tematyczne z serii "Mały chłopiec" wydawnictwa Olesiejuk Sp. z o.o.. O "Pierwszej Książce Mojego Dziecka", stworzonej przez fundację "ABCXXI - Cała Polska czyta dzieciom", dowiedziałam się dużo później, ale od razu skradła moje serce. Stało się to za sprawą okładki, gdzie na samiutkim końcu wydrukowano wiersz "Idzie niebo" Ewy Szelburg-Zarembiny. Bardzo dobrze kojarzyłam tę treść z własnego dzieciństwa, gdyż mama nuciła mi do poduszki kołysankę dokładnie z tym tekstem. Jest to jedno z moich najmilszych wspomnień z dziecięcych lat. 

    "Pierwsza Książka Mojego Dziecka" została wydana w 2017 roku. Ma twardą oprawę z miękką wykładką, a jej strony zostały wydrukowane na tekturze, dzięki czemu jest przyjazna dla małych rączek. Składa się głównie z treści dla dzieci - bogato ilustrowanej, kolorowej i miłej dla oka. Na kartach nadrukowano mnóstwo fajnych wierszyków m.in. Elizy Piotrowskiej czy Joanny Papuzińskiej. Jest też kultowa "Lokomotywa" Juliana Tuwima czy kilka znanych kołysanek łącznie z uproszczonym zapisem nutowym. Oprócz części dla dzieci, we wnętrzu książki znajdziemy też odrobinę treści dla rodziców - długi list od twórców a także po dwanaście przykazań oraz "zakazań".  Łącznie cała publikacja liczy trzydzieści dziewięć stron, co z racji nadrukowania treści na tekturze, daje całkiem grubą, trzycentymetrową pozycję.

    "Pierwszą Książkę Mojego Dziecka" polecam serdecznie wszystkim rodzicom maluchów oraz osobom, które szukają interesującego podarunku dla mamy, taty i maluszka. Wierszyki zawarte w tomiku są zabawne, edukacyjne, ale niezbyt długie. Świetnie nadadzą się na krótką lekturę do poduszki lub dla urozmaicenia dnia dziecka - np. jako zachęta do zjedzenia posiłku.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


piątek, 20 lutego 2026

Unikam, kiedy mogę, czyli o tym, jak w dzisiejszych czasach łatwo manipulować opinią publiczną...

 

    Gdy byłam małą dziewczynką sądziłam, że wszystko, co mówią w telewizji jest prawdą. Bo dlaczego mówiliby o tym w poważnych wiadomościach, gdyby tą prawdą nie było? Będąc często pod opieką dziadków, którzy od godziny 17 do 21 oglądali wszystkie możliwe wiadomości, informacje, panoramy i inne, nasłuchałam się o rzeczach strasznych, ale i o polityce. Niewiele rozumiałam, oprócz jednego, że nie chcę o tym wszystkim słuchać. Nie lubiłam słuchać ani o tragediach, ani o polityce, zwłaszcza, że dziadkowie dość ostro wszystko komentowali. 

    W liceum chodziłam do klasy ekonomicznej. Ekonomią trochę się interesowałam, a trochę poszłam do takiej klasy, bo wydawała mi się jedyną sensowną z profilowanych klas w wybranym przeze mnie liceum. I nagle znalazłam się w rzeczywistości popytu, podaży i... marketingu. I wówczas, będąc już osobą praktycznie dorosłą zrozumiałam jedno. Nie tylko reklamy proszku do prania, fixów do potraw i past wybielających zęby są mocnym naciąganiem rzeczywistości. Wtedy dowiedziałam się o istnieniu marketingu politycznego.

    Polityką dalej się nie interesuje, a właściwie nie chcę się interesować. Gdy są wybory, na które czuję wewnętrzny obowiązek, aby chadzać, czytam programy, sprawdzam, które są zgodne z moimi poglądami w największej ilości punktów i na tę osobę/osoby głosuję. Tylko, pojawił się pewien problem. Od kilku lat nie mogę przejść spokojnie ulicą czy przejechać się autobusem, żebym nie słyszała jakiegoś nawiązania do polityki. A słysząc nieraz te mniej lub bardziej składne wypowiedzi, przypominam sobie to jedno wyrażenie, które poznałam w szkole średniej - "marketing polityczny". Przypominam sobie, czym jest, do czego służy i jest mi smutno, że w dzisiejszych czasach, tak łatwo jest manipulować opinią publiczną. Że nawet naprawdę mądrzy ludzie, dają się nabrać na zwykłe, marketingowe narzędzia. To jest smutne bardziej, niż kiedykolwiek wcześniej, bo dziś marketing ten stał się po prostu dziecinnie prosty. Dlaczego? Ponieważ... mamy Internet. 

 

Ściskam i pozdrawiam

Refleksyjna dziś

Sil


fot. Sil


czwartek, 19 lutego 2026

Herbaciane róże

 

włożone do wody, by postały dłużej
marzenie, przedłużenie agonii istnienia
tak często w naszym domu herbaciane róże
alegorią są życia wiecznego złudzenia

gdy zasuszą się pięknie na wietrze i słońcu
lub gdy ręka z nadzieją powiesi przy ścianie
i tak będąc martwe nie ożyją w końcu
kiedy je wyrzucić? zrodzi się pytanie

jest jakaś pustka w cmentarnej alejce
gdy wpatrzeni w litery na kamiennej płycie
już łzy nie popłyną, choć zaboli serce
nie wróci już więcej raz stracone życie

Sil

fot. Silentia


wtorek, 17 lutego 2026

Z okazji Dnia Kota..., czyli dziś o towarzyszce mojej pracy

 

    Nie raz i nie dwa. Tutaj, na Instagramie, czy w innych miejscach w sieci, wspominałam o Światowym Dniu Kota, który przypada właśnie dziś - 17 lutego. Jest to święto, które skrupulatnie obchodzę od lat, choć może nie tak intensywnie, jak powinnam. Moja kocia przyjaciółka dostaje tego dnia dodatkowe przysmaczki, czasem jakiś drobny prezent - legowisko, zabawkę. I dziś, z okazji kolejnego Dnia Kota, chciałam krótko o niej opowiedzieć.

    Moja obecna kotka w tym roku skończy dwanaście lat. Przyjechała do nas z polskiej wsi, gdzie przyszła na świat gdzieś w obejściu. Krewna właścicieli gospodarstwa zawzięła się, że i jej, i jej bratu znajdzie dobre domy i w ten sposób, zupełnie dzikie kocię trafiło do mnie. 

    Moja kotka była przykładem kota, który się po prostu nie oswaja. Przez prawie trzy lata była wręcz dzika. Gdy urodził się mój starszy syn, trochę obawiałam się, czy nie zrobi mu krzywdy, ale - o dziwo - była wobec niego nie tylko cierpliwa, ale i wyrozumiała. Gdy jako ośmiomiesięczne maleństwo nieoczekiwanie złapał ją nagle za ogon, nawet nie spojrzała na niego. Zamiauczała tylko, a wtedy ruszyłam, by ją uwolnić z wyjątkowo silnej, dziecięcej dłoni. Wciąż jednak stroniła od ludzi, nie wchodziła na kolana, wyciągała pazury, gdy ktoś obcy chciał ją pogłaskać. Musiałam ostrzegać i prosić, aby nie dotykać mojego kota. 

    Ale pewnego dnia coś się zmieniło. Gdy moja kotka dobiegała dziesiątego roku życia, nagle zaczęła się przytulać. Wciąż nie wchodziła na kolana, ale wtulała się w bok, głównie mój. Obcych dalej niespecjalnie toleruje, jednak do domowników zrobiła się cieplejsza. Około rok temu pierwszy raz wskoczyła mi na kolana, gdy pracowałam i aż podskoczyłam z zaskoczenia. Oczywiście kicia przestraszyła się i uciekła. Jednak później zaczęło się to powtarzać i od kilku miesięcy moja kotka jest nieodłącznym towarzyszem mojej nauki czy pracy. Wystarczy, że usiądę przed komputerem a mam kota na kolanach, za plecami lub obok. Mruczy przy tym dość często, co jakiś czas pomiaukując i domagając się pieszczot. Gdy piszę te słowa, ona jest tuż obok :).

       Koty to wspaniałe zwierzęta, ale trzeba pamiętać(zawsze!), że to nie są zabawki. Nie każdy kot będzie kotem lubiącym pieszczoty i może wyciągnąć pazurki, gdy będzie próbowało się go do nich zmusić, nie każdy też poradzi sobie długo sam w mieszkaniu, mogą być zniszczenia - podrapana kanapa, ściągnięta tapeta. Koty to żywe istoty pełne emocji, uczuć, dziwnych pomysłów. To również drapieżniki! Potrafią się gniewać, tak jak ludzie. Potrafią okazywać miłość, ale niekoniecznie ta miłość będzie dla wszystkich. Koty są dostojne, pełne wdzięku i szczerości. I za to je kocham.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil



    

niedziela, 15 lutego 2026

zaplątana

 

zaplątałam się w miłość
w firankę z marzeń utkaną
cała w nikłych niteczkach
delikatnej jak jedwab nadziei
z tęsknoty uciekam pod bawełnę pościeli
by nie czuć, że zapach to już nie ten, co kiedyś
czekam, myśląc o niczym
marznąc i płonąc od wewnątrz
coś spętało mi nogi i nie wiem, jak ruszę z miejsca
coś związało mi dłonie

i nie wiem, co robić dalej
język za słonym wodospadem
jakby obumarł z niemocy
by powiedzieć to wszystko
co jest niewypowiedziane

Silentia

sobota, 14 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział piąty - ostatni

 

Wszystkiego miłosnego życzę Wam i sobie ;)

Ściskam i pozdrawiam 

Sil


Na początku było spojrzenie

Rozdział 5. Odbudowa


Alicja…


Nie przyznałam się Aleksowi i sama przed sobą również udawałam, że nie pamiętam, iż po zmianie mebli w kuchni nie byłam w stanie tak po prostu wyrzucić tych, które stworzył dla mnie mój były. Zamiast tego zapłaciłam nowej ekipie, by ostrożnie je zdemontowała i wyniosła do mojej piwnicy. Nie miałam zbyt dużej kuchni, a piwnica wcześniej stała zupełnie pusta, toteż nie było problemu z miejscem. Zamknęłam ją na klucz i nie zaglądałam tam od miesięcy udając, że pusta jest nadal. Lecz dwa dni po tym, jak po roku spotkałam moją utraconą miłość a także po tym, jak Aleks wyjaśnił mi, co się właściwie wydarzyło – zmieniłam zdanie. Już nie chciałam tandetnych, prostych mebli, które miały zwiastować dobrą zmianę a tak naprawdę przygnębiały mnie jeszcze bardziej. Zapragnęłam domowego ogniska, które kiedyś rozpalił dla mnie Aleks. Mój Aleks, którego straciłam przez jego głupotę a może jednak przez jego zagubienie. I choć wciąż nie mogłam wybaczyć mu, że wykluczył mnie ze swojego życia zamiast chwycić mnie za rękę i przejść razem przez trudności, dziś wiedziałam jedno. Nie chcę już o nim zapomnieć, nie chcę wymazać ze swojego życia śladu po nim. A ponieważ z natury jestem porywcza i rzadko umiem zapanować nad działaniem, gdy już podejmę decyzję czego chcę, nie czekając na jakiekolwiek wsparcie, zaczęłam przywracać dawny porządek sama. Zakasałam rękawy i w piątek po pracy zaczęłam nerwowo i chaotycznie opróżniać wszystkie kuchenne szafki. Układałam rzeczy w salonie lub upychałam w lodówce, jedynym sprzęcie, który się nie zmienił w tym miejscu przez ostatni rok. A gdy już wszystko było puste, wygrzebałam z dna szafy w przedpokoju moje kobiece pudełko z narzędziami w kolorze lila róż (nie mój wybór, dostałam w prezencie od kuzynki…) i zaczęłam demontować szafki oraz pułki. Na razie górne.

Już po godzinie wiedziałam, że mój pomysł nie należał do najlepszych. Z półką na przyprawy, relingiem oraz kilkoma innymi drobiazgami poszło nawet nieźle. Jednak, gdy wzięłam się za szafki, okazało się, że trochę przeceniłam swoje możliwości. Lekko mówiąc…

Pierwsza szafka spadła na blat, robiąc w nim wielką dziurę. Druga uszkodziła mój kamienny zlew, a trzecia właśnie upadła mi na nogę i teraz siedziałam wściekła, zakurzona i spocona, zastanawiając się, co mnie podkusiło, by brać się za to w pojedynkę. Po brudnych policzkach ciekły mi łzy gniewu a stopa pulsowała tępym bólem. Miałam tylko nadzieję, że nie jest złamana...

Minął jakiś czas, nim wreszcie wstałam z miejsca i niezgrabnie zaczęłam zbierać to, co poodpadało z górnych szafek. Nie robiłam wielkich postępów, nie bardzo wiedząc, co teraz i wtedy właśnie zadzwonił dzwonek u moich drzwi. „Świetnie, idealny moment na odwiedziny!” - przewróciłam oczami. Puściłam wszystko, co trzymałam, wytarłam twarz w koszulkę a ręce w spodnie a następnie, pokuśtykałam, aby otworzyć.

I zamarłam…


- Aleks – jęknęłam wodząc wzrokiem między nim a małą istotką, którą trzymał za rękę. Dlaczego przyszedł do mnie z synem? W piątek wieczór? Gdy tonęłam we własnej katastrofie?

- Niespodzianka! - krzyknął maluszek wyjmując zza pleców bukiet kwiatów i w tym momencie po raz kolejny dziś miałam ochotę się rozpłakać.

- Alu, co się dzieje? - wykrztusił na mój widok Aleks.

- Nic, nic – starałam się pozbierać myśli – Po prostu… nie spodziewałam się dziś… nikogo.

- Przyszliśmy nie w porę?

- Trochę. Ale wejdźcie, tylko prosto… nie wiem, gdzie… może do mojej sypialni? - załamałam ręce – Zaraz ogarnę dla was coś do picia.


Odsunęłam się, aby przepuścić Aleksa i jego syna, a gdy drzwi już się za nimi domknęły, uklękłam przed małym Krzysiem.


- Witaj, słoneczko. Miło znów cię widzieć – spróbowałam się uśmiechnąć przez łzy. Przyjęłam też w końcu kwiaty, które mi ofiarował.

- Ciebie tes – ucieszył się – Tata nie wiedział, cy nas wpuścisz, ale ja byłem pewien, ze tak!

- Jasne, że tak.


Obróciłam się, żeby zapytać o coś Aleksa, lecz nie było go w przedpokoju. Stał na końcu korytarza, w drzwiach kuchni i jeśli kilka dni wcześniej wyglądał na podłamanego jej widokiem, to dziś wyglądał na porządnie zszokowanego.


- Co tu się wydarzyło? - wykrztusił wreszcie – Alicja, co ty wyprawiasz?

- Powiedzmy, że jednak nowy dizajn nie do końca mi odpowiadał – przygryzłam wargę.

- Ale dlaczego wzięłaś się za to sama? Mogłaś sobie zrobić krzywdę! - podszedł do mnie nie kryjąc złości – Czemu to zrobiłaś?

- Znałeś mnie lepiej niż ktokolwiek na świecie – wzięłam się pod boki – Powinieneś wiedzieć, dlaczego!


Zamilkł na moje słowa, a następnie ponownie wszedł do kuchni.


- Niezła dziura – obejrzał mój blat – ale to był syf, dlatego tak łatwo się uszkodził. Szkoda tylko zlewu, wygląda na porządny.


Przytaknęłam, nie komentując, bo nie było czego. Miał rację. Zamiast tego spojrzałam na jego syna


- Przykro mi, słoneczko, że musisz oglądać tę ruinę. Nie brałabym się dziś za tę pracę, gdybym wiedziała, że odwiedzi mnie taki miły chłopiec.

- Jest baldzo fajnie! - wykrzyknął Krzyś – I tes jesteś miła. Lubię cię!

- A ja ciebie.

- Synku – przerwał nam Aleks – czy jeśli włączę ci bajkę w telefonie, posiedzisz chwilę spokojnie przy tamtym stole?

- O! Naplawdę dostanę bajkę? Dziś nie jest niedziela!

- Tak, wyjątkowo i tylko przez pół godziny!

- Tak!


Aleks usadził syna i ustawił go przed telefonem, ja zaś umyłam ręce i przyniosłam herbatniki z szuflady pod ścianą.


- Mogę mu dać? - zapytałam.

- Jasne, dziękuję. Synku, tu jest twoja woda. Za chwilę do ciebie wrócimy, okej?

- Okej – uśmiechnął się malec, nawet nie odwracając wzroku od ekranu.

- Jak zaczarowany – przewrócił oczami jego ojciec, po czym pociągnął mnie za rękę w kierunku pomieszczenia, które kiedyś było moją kuchnią.

- Nie musisz mi z tym pomagać – odchrząknęłam, gdy zaczął energicznie odstawiać połamane szafki pod przeciwległą ścianę a następnie wziął się za demontaż uszkodzonego blatu.

- Wiem, ale chcę – posłał mi znaczące spojrzenie – Tylko powiedz mi, co później? Masz jakiś plan B? Chcesz zostać bez kuchni?

- Nie… - przygryzłam wargę – Właściwie w piwnicy mam kuchnię, którą dla mnie zbudowałeś… Chciałam ją przywrócić.


Aleks zatrzymał się w połowie swojej nieoczekiwanej pracy i zamarł na moment, a po chwili bardzo powoli odwrócił się i podszedł do mnie.


- Nie wyrzuciłaś jej? - zapytał ostrożnie.

- Nie… Nie mogłam na nią patrzeć, bo za bardzo mnie ranił ten widok – spuściłam wzrok czując się nagle niezręcznie – Wiem, to głupie.

- Nieprawda – szepnął tylko.

- W każdym razie, nie mogłam się zdobyć, żeby całkiem się jej pozbyć, więc wykorzystałam moją pustą piwnicę.

- Alu… - jęknął i delikatnie odgarnął włosy z mojego policzka – Czy pozwolisz…

- Tak? - ponagliłam ostrożnie.

- Jeśli pozwolisz, chciałbym ją dla ciebie odbudować a następnie... – przełknął nerwowo ślinę – Przyszliśmy tu dziś z moim synem, bo miałem nadzieję, że pozwolisz mi w jakimś sensie wrócić do swojego życia. Rok temu nie byłem sobą, nie wiedziałem, co robić ani co się ze mną dzieje. Czy po tym, jak odbuduję dla ciebie to miejsce, mogę mieć nadzieję, że pozwolisz odbudować nam coś więcej? Nasze życie razem…


Odsunęłam się i pokręciłam przecząco głową. Ręce Aleksa opadły wzdłuż ciała, a na jego twarzy pojawiły się ból i zaskoczenie. Czułam jak szklą mi się oczy.


- Nie byłam z tobą szczera, gdy byliśmy razem – teraz to ja przełknęłam nerwowo ślinę – Dopiero, po tym, jak zobaczyłam cię z synem a ty przyszedłeś w nocy wyjaśnić mi, co się stało, że mnie zostawiłeś... zdałam sobie z czegoś sprawę. Powiedziałeś mi, że chciałeś ze mną założyć rodzinę... Tymczasem ja… Aleks, ja raczej nie będę nigdy mogła mieć dzieci. Byłam chora, przeszłam zabieg, mam tylko jeden jajnik i też osłabiony. Możliwe, że nigdy nie mogłabym dać nam dziecka, a ty pragniesz dzieci. Wybacz mi.

- Alu… - podbiegł do mnie i delikatnie podniósł podbródek, który opuściłam, hamując łzy – TO jedyny powód, dla którego nie chcesz dać nam drugiej szansy? Nie ma nikogo innego? Nie masz innych zobowiązań?


Przytaknęłam, a wtedy złapał mnie i szczelnie zamknął w swoich objęciach.


- To nie jest ważne – pokręcił głową, odsuwając się lekko i patrząc mi głęboko w oczy – Zanim nie pojawił się Krzyś, nie sądziłem, że będę miał dzieci. Rozważałem to, ale się bałem. Teraz, gdy już mam syna nie wyobrażam sobie życia bez niego, ale bez ciebie również nie. Jeśli nie będzie nam dane mieć więcej dzieci, nie szkodzi. Możemy stworzyć rodzinę we troje. Być szczęśliwi. Proszę, nie odtrącaj mnie. Nie odtrącaj nas. Matka Krzysia nie chce być jego mamą. A ty? Nie musisz, ale możesz. Co nam odpowiesz?

- A jeśli się nie sprawdzę? - przestraszyłam się nagle – Nie mam pojęcia o dzieciach, ciebie nie widziałam rok. Co jeśli nam nie wyjdzie? Jeśli będę złą matką?

- Alu, na budowaniu kuchni też się nie znasz, a jednak podjęłaś to ryzyko, bo sądzę, że w głębi serca ci na mnie nadal zależy nie mniej niż mi na tobie – uśmiechnął się lekko – Przejdziemy razem przez wszystko, tak jak powiedziałaś. Odbudujemy twoją kuchnię, odbudujemy nasze wspólne życie, a jeśli któreś z nas coś zepsuje, spróbujemy jeszcze raz. Co ty na to?


Słowa były zbędne. Uśmiechnęłam się, przytaknęłam i wtuliłam się najmocniej jak potrafiłam w jego ramiona. Trwaliśmy tak przez chwilę, gdy nagle ktoś do nas podbiegł i pociągnął nas za ręce.


- Tatusiu, cy Alicja będzie moją nową mamą? - zapytał przejęty mały chłopiec.


Kucnęłam i ostrożnie go przytuliłam.


- Jeśli tego chcesz...

- Chcę!

- Więc tak, Alicja będzie twoją mamą.



piątek, 13 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział czwarty

 

Rozdział 4. Nadzieja

Aleks…


Siedziałem w biurze od godziny bezmyślnie gapiąc się w dizajnerski zegar na przeciwległej ścianie i wspominałem swoje życie. Było co wspominać. Po spokojnym dzieciństwie, przyszedł klasyczny nastoletni bunt, w którym dałem popalić moim rodzicom. Następnie nauka stolarstwa i inżynierskie studia na politechnice. Tam było już spokojnie, bo zacząłem jednocześnie pracę, która okazała się moją pasją i w efekcie dość wcześnie otworzyłem własne studio projektowania mebli. Firma rozwinęła się, miałem pracowników, ale dalej lubiłem wszystko nadzorować. Kupiłem pierwsze a następnie drugie mieszkanie, spotykałem się z miłymi kobietami a później nastąpiła era Sylwii, która do dziś odbijała mi się czkawką, ale nie. Nie żałowałem, że mam syna, nawet jeżeli Sylwia była beznadziejną matką. I wreszcie pojawiła się Alicja. Moja miłość, którą straciłem z własnej głupoty, w szoku lub przez źle pojmowaną ojcowską odpowiedzialność, sam już nie wiedziałem. A teraz, gdy los połączył nasze ścieżki ponownie, ona wyrzuciła mnie ze swojego domu. Zniszczyła pracę moich rąk, którą wykonałem przepełniony rodzącym się między nami uczucia. Pamiętam, jak dbałem o każdy szczegół, docinałem, zmieniałem detale. Chciałem, by kuchnia, którą dla niej wykonam była idealna. Dodawałem droższe element i choć nie mogłem nie wziąć od niej pieniędzy, bo już wszystko było opłacone, starałem się, by moja praca była na najwyższym, możliwym poziomie.

Ale Ala zniszczyła wszystko. Wyrzuciła. Nie było w jej domu już nic ze mnie. Kiedyś pocieszałem się leżąc bezsennie samotnie w łóżku, że chociaż odszedłem, ma obok siebie jakąś cząstkę mnie. Nawet nie zdawałem sobie sprawy, jak bardzo się myliłem. To tylko kuchnia, wiem. Tylko meble, a jednak czułem się tak, jakby wyrwała ze swojego domu kawałek mnie. To bolało.


- Szefie, masz chwilę? - zza niedomkniętych drzwi mojego biura wyjrzał Marek, jeden z moich najlepszych projektantów.

- Jasne – poprawiłem się na krześle i wskazałem mu, żeby usiadł – O co chodzi?

- Dziwna sprawa i nie bardzo wiem, jak to ugryźć.

- Wal.

- Chodzi o to, że wczoraj pod wieczór zadzwoniła do nas kobieta. Nie przedstawiła się. Zapytała jednak, czy mógłbym znaleźć dla niej projekt kuchni sprzed niecałych dwóch lat. Poprosiłem o imię i nazwisko, żebym mógł sprawdzić w bazie danych, czy mamy jeszcze ten projekt a ona odpowiedziała, że poda mi dane tylko, jeśli nie dowie się o tym Aleks Szumilas.

- Co takiego? Co jej odpowiedziałeś? - z niewiadomych przyczyn zrobiło mi się nagle gorąco.

- Że nie jestem pewien, czy mogę robić cokolwiek za plecami właściciela firmy. Odparła, że rozumie i, że w takim razie nieważne.

- Na który telefon dzwoniła? I kiedy dokładnie?

- Podstawowy, ten ze strony internetowej. Wczoraj, tuż przed zamknięciem, akurat jeszcze byłem w biurze.


Podziękowałem i skinąłem głową na znak, że Marek jest wolny, po czym wyczekałem na moment, aż nasza recepcjonistka wyszła do pokoju socjalnego na lunch. Podszedłem do jej biurka sięgając po telefon biurowy. Ręce mi drżały, gdy przeszukiwałem historię połączeń, choć sam nie wiedziałem, dlaczego. A gdy w końcu moim oczom ukazał się numer, który znałem na pamięć i rozpoznałbym o każdej porze dnia i nocy, zrozumiałem dlaczego byłem aż tak podenerwowany. Wczoraj, tuż przed zamknięciem, próbując zdobyć swój stary projekt kuchni, dzwoniła Alicja. Co to mogło oznaczać, czy chciała odbudować to, co zniszczyła z żalu, że ją porzuciłem? Czy mogłem mieć nadzieję, że nadal coś do mnie czuła?

Tego dnia nie odpływałem już w myśli. Nie wspominałem melancholijnie przeszłości ani nie pogrążałem się w żałobie po straconej miłości. Tego dnia pracowałem jak natchniony aż do piętnastej trzydzieści, gdy spokojnie spakowałem się i pobiegłem do żłobka, aby odebrać Krzysia. Gdy już posadziłem syna w aucie i słuchając jego wesołej paplaniny zapiąłem pasy w foteliku, w mojej głowie zaczął rodzić się plan. Alicja była głęboko zraniona, ale w tym momencie zdałem sobie z czegoś sprawę. Prawdopodobnie nie przestała mnie kochać. Przez syna straciłem kiedyś miłość mojego życia i teraz, z jego pomocą, zamierzałem tę miłość odzyskać.



czwartek, 12 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział trzeci

 

Rozdział 3. Zrozumieć


Alicja...


Woda w mojej wannie dawno zdążyła ostygnąć, nie zostało już też zbyt wiele piany, ale wciąż nie umiałam zmusić się, żeby wstać, powycierać różową, pomarszczoną skórę i udać się wreszcie na spoczynek. Zresztą już wiedziałam, że i tak dziś łatwo nie zasnę... Cholerny Aleks, zbyt przystojny, żeby istnieć! Nawet z rozbitym nosem… Cholerny jego syn, zbyt słodki, by go nie pokochać od pierwszego spojrzenia. I jeszcze to głupie serce, które w jednej sekundzie zdążyło zapomnieć nad czym razem pracowaliśmy od roku! Jedno spojrzenie w szare oczy mojego eks i wszystkie zabliźnione rany otworzyły się na oścież. Krwawiły tak samo, jak tamtej nocy sprzed dwunastu miesięcy, gdy wyszeptał "to koniec".

Wszystko zaczęło wracać. Wspomnienie każdej wspólnej chwili, każdego dotyku i pocałunku. Miałam przed oczami każdy, cudownie długi spacer i każdą wspólną kawę o świcie. Nieważne, gdzie spędzaliśmy noc - u niego czy u mnie, to Aleks był tym, który okrywał mnie szczelnie kołdrą i szeptał "pośpij jeszcze, zrobię nam coś do picia". Uśmiechałam się zawsze tak bardzo szczęśliwa, tak bardzo zaopiekowana.

Aleks był typowym kawoszem, podczas gdy ja za kawą nie przepadałam. To nie miało żadnego znaczenia - szybko doszliśmy do porozumienia. Gdy byliśmy u niego, raczył mnie cudowną, świeżą kawą z dodatkami, które nabył specjalnie dla mnie. Gdy noc spędzaliśmy u mnie, zawsze parzył herbatę. Szeptał, że sprowadzam go na złą drogę, bo nic mu nie smakuje lepiej niż herbata w moim towarzystwie. Szczerze polubiłam wczesne poranki w jego męskim mieszkaniu i napoje kawowe, które dla mnie wymyślał.

Mieszkanie Aleksa było spore z dużą ilością surowej cegły i własnoręcznie wykonanych przez niego mebli. Zagadnęłam go kiedyś o to. Mówiłam, że nie ma w jego domu ani odrobiny kobiecej ręki. Śmiał się, że przede mną nigdy by nie pomyślał, że będzie chciał, aby jakaś kobieta maczała palce w wystroju jego samotni. Teraz zaś, twierdził, że wręcz czeka aż to ja właśnie zacznę się u niego rządzić. "Ty już się całkiem nieźle rządzisz u mnie" - odparłam ze śmiechem, wspominając, że poznaliśmy się, gdy wykonywał moją kuchnię.

Tej kuchni nie było już w moim domu. To było pierwsze, czego się pozbyłam, lecząc rany po nagłym odejściu Aleksa. Wykonawca nowej sto razy się upewniał, czy naprawdę chcę zdemontować tak świetnie wykonane meble. Tak, wtedy byłam tego pewna. Dziś, gdy po roku znów zobaczyłam straconą miłość, czułam się jednak tak, jakbym popełniła błąd usuwając jego pracę z mojej kuchni. Jakbym zdradziła... Tylko, że nie miałam powodu, żeby tak się czuć. To w końcu on zostawił mnie a nie na odwrót.

Nie wytłumaczył się w kawiarni, nie wyjaśniał. "Nie zmienię przeszłości" – to jedyna odpowiedź, jaką od niego uzyskałam a później odpłynął we własne myśli, jakby nie było go tak naprawdę ze mną w tamtej chwili. Nie umówiliśmy się na inne miejsce ani czas. Nie złożyliśmy sobie żadnych obietnic. Żadne z nas nie zapewniło drugiego, że miło było się zobaczyć po roku. I wiedziałam, dlaczego. Bo nie było miło. Rozdzierający ból w klatce piersiowej powrócił. Poczucie bezsensu? Również. Wróciły też żal i gniew a wszystko to na raz i jakby ze zdwojoną siłą. A to było tak bardzo nie fair.

Zza niedomkniętych drzwi łazienki doszedł do mnie uporczywy dźwięk dzwonka. Początkowo postanowiłam go zignorować, w końcu było już późno a ja nikogo się nie spodziewałam, lecz w tym momencie uświadomiłam mnie, że ten dźwięk o godzinie dwudziestej trzeciej zdecydowanie powinien mnie zainteresować. A co jeżeli to jakieś służby ratunkowe? Może był pożar lub któremuś z moich rodziców coś się stało? Wyskoczyłam z wanny jak oparzona, szczelnie owinęłam się ręcznikiem, a następnie prawie pobiegłam do drzwi. Lecz, gdy zerknęłam przez wizjer, sama nie wiedziałam, czy śmiać się, płakać czy może pobiec po jakiś ciężki przedmiot, by zdzielić intruza, którym okazał się nie kto inny, lecz obiekt moich myśli.


- Co ty tu robisz w środku nocy?! - otworzyłam z impetem.

- Cześć, Alu - dłonie ukrył głęboko w kieszeniach i na moment taktownie odwrócił wzrok - To niezbyt bezpieczne otwierać drzwi w takim.... stroju, nie uważasz?


Miał słuszność, wiedziałam to zanim nawet spojrzałam w dół, by zobaczyć wodę kąpiącą z mojego ciała i niezbyt zakrywający cokolwiek ręcznik, ale zamiast cofnąć się i natychmiast się ubrać, poczułam jak rośnie we mnie przekora.


- To raczej nie jest już twoje zmartwienie. Czego chcesz?

- Mogę wejść?


Nie mógł, nie powinien był, a jednak skinęłam głową i przepuściłam go w drzwiach, które momentalnie zamknęłam.


- Dlaczego nie jesteś z synem? Znów zostawiłeś go gdzieś samego? - skrzyżowałam ręce na piersiach - I czego chcesz ode mnie?

- Spokojnie, mój syn jest pod opieką babci. Zresztą o tej porze i tak już śpi. A co tu robię? Przyszedłem zrobić to, co powinienem był zrobić rok temu.

- Czyli co?

- Wytłumaczyć się.

- Nie potrzebuję twojego wytłumaczenia - syknęłam - Potrzebuję tylko kilku faktów na temat tego, co się stało, żeby móc odzyskać spokój.


Weszłam do łazienki, zrzuciłam ręcznik i zmieniłam go na szlafrok, który od razu porządnie związałam a następnie udałam się do kuchni po wodę. Starałam się nie myśleć, nie wybiegać w przyszłość. Nalałam sobie pełną szklankę i wypiłam ją duszkiem, gdy zaś odwróciłam się chcąc wrócić do przedpokoju, zobaczyłam zszokowanego Aleksa błądzącego wzrokiem po pomieszczeniu.


- Co tu się stało, Alu?

- To co powinno było się stać – ponownie skrzyżowałam przedramiona – Ty zniszczyłeś mnie, ja zniszczyłam twoją kuchnię. Uczciwe, czyż nie?


Przytaknął i odwrócił wzrok, zdążyłam jednak zobaczyć, jak szklą mu się oczy. To nie było fair. Zachowywał się teraz tak, jakbym zrobiła mu jakąś przykrość, choć to on rzucił mnie bez słowa wyjaśnienia. Ja usunęłam tylko cholerne meble!


- Wróćmy do przedpokoju – zaproponował a następnie odwrócił się i wyszedł. Z daleka zobaczyłam jak przysiadł ciężko na ławeczce obok drzwi frontowych, więc podeszłam i w milczeniu stanęłam naprzeciwko. Czekałam, minęła dłuższa chwila, zanim zaczął wreszcie mówić.


- Sylwia, matka mojego syna to była kobieta, o której kiedyś coś ci wspominałem. Pamiętasz? Pytałaś raz, czy byłam wcześniej w poważnym związku.

- Pamiętam, mówiłeś, że w zasadzie byłeś w czymś takim, ale twoja dziewczyna bardziej ci imponowała niż ją kochałeś.

- Tak było. To właśnie Sylwia. Fascynowała mnie, bo była zadbana, pewna siebie, przebojowa. Miała swoją kancelarię prawną. Praca była dla niej najważniejsza i w tamtym czasie moja dla mnie również. To nas łączyło. Spotykaliśmy się regularnie, ale niezbyt często, jednak Sylwia dawała mi znać, że myśli powoli, aby się ze mną związać na poważnie. Mówiła o wspólnej przyszłości, wspólnym mieszkaniu. Nie byłem pewien, czy chcę coś zmienić w naszej relacji, więc niewiele komentowałem te jej sugestie. Któregoś razu powiedziała mi, że oczekuje czegoś specjalnego z okazji świąt. Długo chodziłem po sklepach, zastanawiałem się, co ja właściwie robię, a jednocześnie szukałem tego "czegoś specjalnego". Ostatecznie zdecydowałem się na naszyjnik, drogi i przesadnie wystawny. Gdy Sylwia zobaczyła prezent, wpadła w szał. Rzuciła nim we mnie krzycząc "Miałam na myśli pierścionek z brylantem, niedomyślny idioto!". To wtedy zrozumiałem, że ten związek nie ma przyszłości. Powiedziałem jej to i odszedłem. Przez jakiś czas się nie odzywała a ja czułem się wolny i szczęśliwy. Miesiąc później zadzwoniła do mnie. Powiedziała, że dobrze mi radzi postarać się ją odzyskać, inaczej będę żałował do końca życia. Zaśmiałem się, po czym odłożyłem słuchawkę. Sądziłem, że to ostateczny koniec. Niedługo później poznałem ciebie... Nasze spotkanie było dla mnie jak grom z jasnego nieba. Wreszcie zrozumiałem, co to znaczy kogoś pokochać. Uszczęśliwiałaś mnie każdym oddechem, każdym uśmiechem. Bardzo chciałem wkrótce założyć z tobą rodzinę, mieć dzieci...


Aleks przerwał na chwilę i ukrył twarz w dłoniach, ja zaś poczułam zimny dreszcz na plecach. Nagle coś sobie uświadomiłam. Nigdy nie rozmawialiśmy o planach na przyszłość, więc Aleks nie zdawał sobie sprawy, że ja być może nigdy dzieci nie będę mogła mieć. Teraz to już nie było istotne, ale jak mogłam przeoczyć fakt, że nigdy mu nie powiedziałam o przebytej chorobie... "Ma pani dwadzieścia pięć procent szans na zajście w ciążę, to wbrew pozorom całkiem niezły wynik" - mówił dr Burzański, jednak wiedziałam swoje. Skoro miałam dwadzieścia pięć procent szans, że będę mogła mieć dzieci, oznaczało to, że na siedemdziesiąt pięć procent nigdy w ciążę nie zajdę.


- W każdym razie - Aleks spojrzał na mnie, wyrywając mnie z ponurych myśli, a następnie dokończył swoją opowieść - Tego dnia, gdy się rozstaliśmy... To właśnie tamtego dnia rano do mojego biura wpadła Sylwia. Byłem akurat na spotkaniu ze starszą projektantką luksusowych wnętrz, z którą od lat współpracuje moja firma. Sylwia postawiła na moim biurku torbę do przewijania i podała mi małego chłopca. Powiedziała, że zemstą za porzucenie jej miało być to, iż nigdy nie dowiem się, że mam syna. Ale co to za zemsta, o której nawet bym się nie dowiedział? Więc wymyśliła inną. Nim pozbierałem szczękę z podłogi, do mojego gabinetu weszło kilku mężczyzn niosących rzeczy dziecka, łącznie z łóżeczkiem. Sylwia oświadczyła, że niniejszym stałem się samotnym ojcem, po czym wyszła.

- Co takiego?

- To co usłyszałaś. Sylwia zostawiła mi syna, a ja przez kilka godzin próbowałem obudzić się z abstrakcyjnego snu. Ale to nie był sen, Alu. Pierwsza pomogła mi ta projektantka, o której wspomniałem. Pokazała mi jak trzymać dziecko, jak przewinąć i nakarmić a następnie życzyła mi powodzenia i obiecała, że odezwie się za kilka dni, jak już ogarnę temat chłopca. Anulowałem wszystkie spotkania i wezwałem na pomoc matkę. Nie wiedziałem co robić. Moja mama… - Aleks przełknął ślinę i na chwilę odwrócił wzrok – Mama prosiła, żebym zawołał ciebie na pomoc, ale ja czułem się głupio. Powiedziałem, że nie mogę cię tym obarczać. Że muszę zwrócić ci wolność. Strasznie się pokłóciliśmy. W życiu nie słyszałem, żeby moja mama kogoś wyzywała czy przeklinała. To był chyba jej pierwszy raz.

- Nie mogę powiedzieć, że się z nią nie zgadzam! Dlaczego, do cholery, zamiast zadzwonić i powiedzieć, co się stało, zerwałeś ze mną?

- Nie wiem, Alu – szepnął – Byłem w szoku, w dołku. Niczego nie rozumiałem i tak strasznie się bałem.

- Przeszlibyśmy przez to! Kochaliśmy się! Nie zostawiłabym cię! - łzy wściekłości zaczęły drążyć bruzdy na moich policzkach, nie mogłam tego wszystkiego znieść – Za to ty bez zastanowienia zostawiłeś mnie nawet mi niczego nie wyjaśniając!

- Wybacz mi! Nie byłem sobą.

- A później? Nigdy się nie otrząsnąłeś? Mogłeś wrócić później, wyjaśnić.

- Alu…


Sięgnął, by obetrzeć moje łzy, lecz odtrąciłam jego rękę. Wstał i opuścił dłonie wzdłuż ciała. Przez łzy widziałam jego zbolałą, bezradną twarz.


- Idź już sobie, Aleks. Jak mówiłeś dziś w kawiarni, nie zmienisz przeszłości – gwałtownie wytarłam twarz dłońmi – Potrzebowałam zrozumieć i już rozumiem. Możesz już wracać do życia, w którym mnie nie chciałeś.

- Gdybym mógł coś zrobić… - zaczął, ale przyłożyłam dłonie do uszu.

- Idź już sobie – powtórzyłam – Na dziś mi wystarczy!


Skinął głową, posłał mi ostatnie spojrzenie, po czym sięgnął po klamkę od drzwi. Odszedł. Ponowie zniknął z mojego życia. I naprawdę nie wiedziałam, co teraz...



środa, 11 lutego 2026

Na początku było spojrzenie - Rozdział drugi

 

Rozdział 2. Krew i szok


Aleks…


Krew przestała lecieć i udało mi się jako tako umyć twarz oraz zaprać koszulkę. Całe szczęście była czarna, bo inaczej wyglądałbym dość makabrycznie. Właściwie to makabryczniej… Nawet z zapraną koszulką i ogarniętym nosem mogłem obecnie śmiało straszyć dzieci w Halloween, bo twarz miałem spuchniętą i czerwoną jak burak. Na szczęście kilka ruchów palcami po skrzydełkach nosa pozwalało mi podejrzewać, że chyba obeszło się bez złamania. Nos bolał jednak jak jasna cholera i nie mogłem wyjść z podziwu, że zrobił mi to nie kto inny tylko mój własny dwuletni syn. Dobrze przynajmniej, że wziąłem akurat kilka dni wolnego, więc nie zobaczy mnie nikt z firmy. Miałem również nadzieję, że nie zobaczy mnie żaden znajomy ani krewny. A najlepiej, gdyby teraz nie widział mnie nikt. Chciałem już wracać do dziecka, bo choć przypiąłem go w pustej kawiarni, w specjalnym krzesełku a baristka obiecała na niego zerkać, to jednak wiedziałem, że nie jest to najlepsze miejsce, aby zostawić takiego malca bez opieki. Już naciskałem klamkę od drzwi do toalety, gdy rozdzwonił się mój telefon. Świetnie, dzwoniła moja matka.


- Mamo, nie mogę teraz – jęknąłem do słuchawki zamiast powitania.

- Aleks, mieliście być w domu! Stoję pod drzwiami, ale nikt mi nie otwiera.


Szlag, zapomniałem, że miała dziś wpaść z jakimiś rzeczami dla Krzysia.


- Przepraszam, zapomniałem. Jesteśmy w parku.

- Którym parku? Może podjadę do was?

- Daj spokój! Możesz podejść do tej kawiarni ulicę dalej i tam zaczekać. Zadzwonię, jak tylko wrócimy.

- A czemu tak dziwnie mówisz? Masz katar?

- Mamo, później pogadamy. Pa!

- Czekam więc. Pa!


Wziąłem głęboki wdech i nacisnąłem gwałtownie klamkę, aby wydostać się wreszcie z łazienki. Stosunki z matką miałem dość napięte już od roku, od dnia, gdy powiedziałem jej, że zamiast oświadczyć się kobiecie mojego życia, postanowiłem samotnie wychować syna. Mama nie rozumiała mojej postawy. Również zszokowała ją informacja o wnuku, ale nie wiedziała, czemu po prostu nie wtajemniczę Alicji w sytuację, w której się znalazłem, a zamiast tego zrezygnuję ze związku z nią. Szczerze? Sam dziś już nie byłem pewien, dlaczego wówczas podjąłem taką decyzję. Wiedziałem jednak, że tego nie da się naprawić. Odszedłem nagle, bez słowa wyjaśnienia. Z dziurą w sercu i bez nadziei. A teraz ona pewnie już jest szczęśliwa z kimś innym. A nawet jeśli nie, pewnie i tak nie chciałaby mnie znać po tym wszystkim. Z ciężkim sercem spróbowałem przywołać na twarz pogodną minę, lecz gdy tylko spojrzałem w kierunku mojego syna, aż zrobiło mi się słabo. „Nie, niemożliwe” – szumiało mi w uszach, gdy prawie pobiegłem w stronę Krzysia łowiąc słowa kobiety, która stała obok niego.


- Ale dlaczego tata zostawił cię samego w kawiarni, żeby umyć nos – pytała zszokowana.

- Tata tego szkraba musiał umyć nos po tym, jak niniejszy maluch z całej siły uderzył go huśtawką i twarz taty zalała się krwią. - odpowiedziałem za syna - Dzień dobry, Alicjo. Jesteś absolutnie ostatnią osobą, którą spodziewałem się zobaczyć gawędzącą z moim dzieckiem.


I naprawdę była a sądząc po jej wyrazie twarzy, ja wywołałem u niej podobny szok. Była blada, wyglądała jakby miała zemdleć. Po prostu zastygła.


- Może usiądziesz z nami – zaproponowałem po dłuższej chwili milczenia.

- Masz syna, Aleks? Ile ma? Dwa? Trzy lata?

- Dwa.

- Pięknie mówi…

- Dziękuję.

- Aleks… Czy ty… byłeś z kimś, kiedy my… - oczy jej się szkliły, jednak jej twarz powoli nabierała kolorów.

- Nie, nie byłem – odparłem dobitnie – Nigdy bym tego nie zrobił.

- Więc jak? - pokręciła głową, a następnie faktycznie usiadła, mocno ściskając swój kubek z herbatą.

- To był syn mojej byłej. A teraz jest mój – odparłem tylko.

- To przez niego odszedłeś?

- Ala, proszę. Nie przy Krzysiu – zacisnąłem pięść na oparciu wysokiego krzesełka.


Spojrzałem też na mojego chłopca, aby upewnić się, że wszystko u niego w porządku. Na szczęście nie wyglądał na zmartwionego czy przestraszonego. Po prostu wodził wzrokiem między mną a Alicją i tyle.


- Aleks – zawołała mnie nagle, a jej wzrok żądał wyjaśnień, choć to nie był czas a ani miejsce.

- Nie zmienię przeszłości – szepnąłem tylko.

- Wiem – odszepnęła - Ale chciałabym zrozumieć, co sprawiło, że w jednej chwili wszystko zniszczyłeś. Mam prawo wiedzieć.


Miała prawo i ja miałem prawo się wytłumaczyć, lecz naprawdę nie mogłem robić tego teraz. Nie przy moim synu. Przez chwilę milczałem, rozważając swoje opcje, Alicja zaś wstała z miejsca uznawszy najwyraźniej, że już nie doczeka się odpowiedzi. Wymieniliśmy jeszcze kilka słów, których jednak już po sekundzie nie byłem w stanie sobie przypomnieć. Zamiast tego nadstawiłem uszu, gdy podeszła, aby pożegnać się z Krzysiem.


- Do zobaczenia, szkrabie – uśmiechnęła się do niego – Miło było cię poznać.


Zaśmiał się i energicznie pomachał jej rączką, ale Alicja nie odezwała się więcej. Podniosła papierowy kubek ze stolika, po czym odwróciła się i noga za nogą powlokła się w kierunku wyjścia. Ja zaś ciężko usiadłem na miejscu naprzeciwko syna próbując ze wszystkich sił zrozumieć, co się właśnie wydarzyło.




Najpopularniejsze posty :)