piątek, 10 kwietnia 2026

"Ale numer!", czyli krótkie opowiadanie na dziś ;)

 

Kochani!


Jak to było z tym, że życie zawsze weryfikuje nasze plany? No właśnie... Dużo się dzieje u mnie, ale nie będę Was tym zanudzać. Zamiast tego zapraszam do lektury kolejnego mikro opowiadanka. Prosta, lekka historia w sam raz na króciutki, wiosenny relaks. Zapraszam!


Ściskam i pozdrawiam

Sil


Ale numer!

Silentia


Agata


Wygrałam! Zaraz, co? Wgrałam? Naprawdę wygrałam? Patrzyłam z niedowierzaniem na wyniki konkursu fotograficznego w lokalnej gazecie i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Owszem, gdy kilka tygodni temu w tajemnicy wysłałam jedno z moich amatorskich zdjęć na konkurs, marzyłam oczywiście, że zajmę jakieś miejsce. Śmiałam pomyśleć nawet o ostatnim nagradzanym, czyli miejscu piątym, ale pierwsze? Ale numer! Nie mogłam w to wszystko uwierzyć i już od godziny, kiedy to nabyłam najnowsze wydanie gazety tylko po to, aby sprawdzić listę laureatów, naprzemiennie wpadałam w euforię oraz w stan głęboko depresyjny, gdy wmawiałam sobie, że to pewnie tylko jakaś pomyłka lub… nie wiem, może zbieżność nazwisk?

Nie mogłam wygrać. Nawet nie byłam fotografem. Owszem, poświęcałam trochę czasu temu mojemu niewinnemu hobby, ale ja nawet nie miałam lustrzanki. Mój aparat to był cyfrowy nowoczesny sprzęt dla turystów, a nie taki profesjonalny. Nie miałam ani super obiektywów, ani przysłon, ani niczego, co tam jeszcze trzeba mieć, by uznać swoje zainteresowanie fotografią za poważne. Ja po prostu lubiłam robić zdjęcia i robiłam je w biegu wracając z pracy, ewentualnie podczas krótkich spacerów w co bardziej pogodny weekend. Nie zasługiwałam na wygraną i teraz odczuwałam wręcz wyrzuty sumienia, że nie wygrał ktoś nieco bardziej zaangażowany. Po co ja w ogóle wysyłałam te moje fotki na konkurs?

Mój telefon zadzwonił, spojrzałam więc od niechcenia na wyświetlacz. Z reguły dzwoniła do mnie jedynie mama, babcia lub któraś z koleżanek z pracy. Tymczasem numeru nie rozpoznawałam, a to oznaczało, że… O, przestał dzwonić. Ładnie. Teraz już się nie dowiem, kto dzwonił. A nie, znów dzwoni.


- Halo? - odebrałam pospiesznie.

- Dzień dobry! Mówi Monika Magelon z wydawnictwa Dziennika Miejskiego, czy rozmawiam z panią Agatą Supeł?

- Tak, to ja. W czym mogę pomóc.

- Witam serdecznie, dzwonię w sprawie wygranego przez nią konkursu fotograficznego.

- Czyli to nie pomyłka? - aż poderwałam się z miejsca.

- W żadnym wypadku. Rozumiem, że już obejrzała pani listę laureatów. Uroczyste wręczenie nagród odbędzie się w sobotę dwudziestego piątego kwietnia w Sali Bankietowej hotelu Panorama. Proszę o informację, czy życzy pani sobie przesłanie zaproszenia na adres podany w zgłoszeniu konkursowym, czy może odbierze je pani przy okazji wywiadu?

- Wywiadu? Jakiego wywiadu? - przestraszyłam się – Jestem nauczycielką matematyki. Skromną, mało społeczną… Po co niby byłoby robić ze mną wywiad?

- Szanowna pani, to był jeden z punktów regulaminu konkursu. Składając swoją pracę wyraziła pani zgodę na udział w wywiadzie dla naszej gazety.

- Ja rozumiem, ale nie sądziłam wówczas, że wygram!


Moja rozmówczyni zaśmiała się nagle, ale zaraz odchrząknęła i spoważniała.


- W każdym razie wywiad musi odbyć się przed rozdaniem nagród. Czy ma pani jakieś preferencje, co do dnia i godziny?

- Nie, ale raczej musiałoby to być po południu. W czwartki i piątki kończę pracę w szkole o jedenastej trzydzieści, więc może któreś z tych dni?

- Wspaniale, to może najbliższy piątek o godzinie trzynastej?

- Dobrze…

- Proszę zgłosić się do recepcji naszej siedziby przy ulicy Rabczyńskiej piętnaście i powiedzieć, że ma pani umówione spotkanie z redaktorem Pętlą. Wyślę wizytówkę na podany w zgłoszeniu adres mailowy.

- Żartuje pani ze mnie? - wykrzyknęłam do słuchawki.

- Przepraszam, ale nie rozumiem.

- Mam poprosić o spotkanie z redaktorem... Pętlą?

- No… tak.

- Czy widziała pani moje nazwisko?


Na chwilę w słuchawce zapadła głucha cisza, a następnie moja rozmówczyni odezwała się bardzo, bardzo dziwnym głosem.


- Fakt, dość osobliwy… zbieg okoliczności. W każdym razie – odchrząknęła – Tak, nazwisko redaktora brzmi Pętla. Arkadiusz Pętla.

- Ale numer! - jęknęłam.

- Tak. To znaczy… Do zobaczenia… pani Supeł.


***


Arek


Zostało jeszcze pięć minut do mojego spotkania a ja wciąż nie mogłem uspokoić śmiechu. Jeny! Jak ja miałem przeprowadzić ten wywiad? Jak miałem zachować powagę rozmawiając z kobietą o nazwisku Supeł?! Okej, moje własne nazwisko dawało mi w szkole popalić, zarówno za sprawą nauczycieli jak i kolegów z pracy, ale nauczyłem się podchodzić do całej sprawy z humorem, jak reszta mojej rodziny. Tylko jak Pętla miał przeprowadzić wywiad z… Supłem?

Interkom na moim biurku zadzwonił i wiedziałem, że mój najnowszy gość właśnie dotarł. Poprosiłem, żeby dać mi jeszcze dwie minuty, a następnie wpuścić panią Agatę. Dwie minuty, tyle czasu zostało mi, żeby się ogarnąć i nie wygłupić. Ciekawe, jak miałem tego dokonać?


***


Agata


No dobrze, jestem tu, chociaż absolutnie nie wiem, po co. Ale skoro tak było w regulaminie konkursu, którego niestety nawet nie przeczytałam. To znaczy, przeczytałam, jak już się okazało, że konkurs jakimś cudem wygrałam i, że muszę w związku z tym udzielić wywiadu. Może powinnam mniej złościć się na uczniów, że nie czytają poleceń do końca? W każdym razie, udawałam teraz, że nie widzę, iż recepcjonistki zerkają na mnie próbując się nie roześmiać. W końcu jedna z nich oświadczyła uprzejmie, że mogę już się udać do pokoju numer osiem. Jeszcze nim tam dotarłam, moich uszu gdzieś z oddali dotarł niekontrolowany śmiech. Pięknie. Zapukałam do ósemki i gdy tylko usłyszałam basowe „Proszę!”, weszłam niepewna, czego właściwie mogę się spodziewać.


- Dzień dobry! - zaczęłam więc dość nieśmiało, zastanawiając się, czy jest sens się przedstawiać, czy może lepiej nie.

- Pani… Supeł? - odchrząknął mężczyzna, na oko przewyższający mnie wiekiem o kilka lat.


Przyjrzałam mu się nieprzychylnie. Dlaczego wyglądał, jakby miał zaraz wybuchnąć śmiechem? Jeśli nazywał się Pętla, to spodziewałam się, że może nie będzie go bawić nazwisko Supeł.


- To ja – westchnęłam, tylko mimochodem zauważając, że redaktor jest troszkę zbyt przystojny jak na mój gust.

Pewnie byłabym bardziej onieśmielona tym wyglądem, gdyby nie fakt, że w tej chwili czułam się po prostu lekko zrezygnowana.


- Miło mi panią poznać, jestem Arek… Pętla. Czy możemy mówić sobie po imieniu?

- Możemy – westchnęłam ponownie. W sumie, czemu nie? Zawsze to się człowiek poczuje trochę mniej starą panną.

- Dobrze, opowiesz mi coś o sobie zanim zaczniemy? - wskazał na mały stolik i dwa krzesła w rogu pokoju, więc podreptałam posłusznie i zajęłam jedno z nich. Redaktor również usiadł.

- Jestem nauczycielką matematyki w szkole podstawowej a po szkole lubię piec ciasta i robić zdjęcia przypadkowym zabytkom i przyrodzie. Mam stereotypowego kota i begonie na balkonie. Koniec.

- Okej… - przekrzywił głowę i przez chwilę przyglądał mi się bez słowa, jednak zaraz się zreflektował – Napijesz się czegoś? Kawa? Herbata? Woda?

- Dziękuję, przyniosłam swoją butelkę – wyjęłam mój bidon filtrujący – To w porządku, jeśli będę jej używać?

- Jasne, nie ma sprawy.


Znów na chwilę zapadła cisza, czego nie rozumiałam. Dlaczego ten człowiek tylko patrzy a o nic nie pyta? Nie miałam ochoty na ten wywiad, jednak jeśli był konieczny, bo taki regulamin zaakceptowałam, to wolałam już, żeby odbył się jak najszybciej. Miałam nadzieję, że odpowiem po prostu na kilka standardowych pytań a następnie ucieknę do domu, gdzie zrobię sobie relaksującą kąpiel w wannie, a następnie zabiję stres solidnym kawałkiem ciasta czekoladowego, które na wszelki wypadek upiekłam wczoraj późnym wieczorem.


- To… co z tym wywiadem? - posłałam redaktorowi znaczące spojrzenie.

- Tak, już. Po prostu… Mam wrażenie, że już cię gdzieś widziałem i zacząłem się zastanawiać, skąd możemy się znać.

- Nie sądzę, żebyśmy się znali – odparłam pospiesznie.


Gdy jednak Arek o tym wspomniał i przyjrzałam się jego twarzy, faktycznie. Widziałam już to przystojne oblicze. Dawno temu. Bardzo dawno temu, nie był wtedy jeszcze tak poważny i chyba był wówczas nieco… większy.


- Schudłeś! - wypaliłam zanim zdążyłam się ugryźć w język, a on nagle wybuchnął śmiechem.

- Tak sądziłem. Agata Eleonora, tak przedstawiłam mi cię kiedyś Marta Straszczyk, czyli moja była dziewczyna.


O matko. Marta Straszczyk? Moja przyjaciółka z pierwszego roku na matematyce? Ale numer!


***


Arek


Nie mogłem się skupić na wywiadzie, ale trzeba było go odbębnić. Zadałem Agacie wszystkie przygotowane wcześniej pytania i całe szczęście, że miałem to już ogarnięte. Inaczej dziś niczego byśmy nie zrobili. Agata Eleonora, tak przedstawiła mi ją była dziewczyna, gdy spotkaliśmy się kiedyś na kampusie. Byłem wówczas studentem ostatniego roku dziennikarstwa, a moja dziewczyna była pierwszaczkiem. Poznaliśmy się na jakiejś imprezie, jednak nie byliśmy ze sobą długo, bo Marta postanowiła rzucić studia i wyjechać za granicę. To właśnie krótko przed tą decyzją poznałem Agatę. Marta nie podała mi jej nazwiska, a szkoda. Może wówczas znalazłbym ją, może los potoczyłby się inaczej. Pamiętam, że zachwyciła mnie świeżość i niebanalna uroda przyjaciółki Marty. Była rudowłosa, zielonooka. Nie znałem nigdy wcześniej nikogo o zielonych tęczówkach i już to samo w sobie było dla mnie na tyle niezwykłe, iż chciałem lepiej ją poznać. Gdy Marta mnie rzuciła mówiąc, iż zaczyna nowe życie, zapytałem ją, czy może podać mi jakiś kontakt do swojej koleżanki, ale Marta tylko się zaśmiała. Próbowałem odnaleźć Agatę, ale nigdy mi się to nie udawało i po jakimś czasie zrezygnowałem sądząc, że widocznie bliższe poznanie się nie jest nam pisane. I teraz, prawie piętnaście lat później, ona nagle siedzi przy stoliku w moim gabinecie i udziela mi wywiadu. Niesamowite. 


- Świat jest mały – zagadnąłem, gdy już skończyliśmy to, po co dziś do mnie przyszła.zaczęła zbierać swoje rzeczy.

- To prawda – uśmiechnęła się i zaczęła zbierać swoje rzeczy.


Nie było już w tym uśmiechu początkowej frustracji i stresu, teraz uśmiech był zwyczajny, ciepły, jak wtedy, gdy widzieliśmy się po raz pierwszy.


- Wiesz może, co u Marty? - zagadnęła po chwili – Zerwała ze mną kontakt po wyjeździe.

- Nie, ze mną również zerwała kontakt. Nigdy nie słyszałem o niej po jej wyjeździe.

- Rozumiem. Myślałam, że to była tylko kwestia mnie, bo wdawała się za coś na mnie gniewać, gdy się żegnałyśmy na dworcu. Może jednak chciała po prostu spalić mosty?


Spojrzałem na nią zdziwiony, ale nie skomentowałem. Domyślałem się, dlaczego Marta była na nią pogniewana, ale jaki sens miało snucie domysłów po tylu latach? Żadnego, nawet jeśli teraz, nie mogłem przestać o tym myśleć.


- Cóż – Agata odchrząknęła nagle – Dziękuję za spotkanie. Będę się już zbierać.

- No tak… Przy okazji. Masz już partnera na galę z okazji rozdania nagród?

- Partnera? Myślałam, że mam przyjść tak po prostu i tylko odebrać nagrodę.

- Możesz, ale zaproszenie jest podwójne jakby co – uśmiechnąłem się.

- Nie, nie. Przyjdę sama. Mój Boże! Galę? Mam się jakoś specjalnie ubrać?

- Najlepiej byłoby w sukienkę.

- O nie! Myślałam, że to będzie tylko formalność. Zamierzałam się ubrać w coś takiego jak teraz!

- To bardzo ładny kostium, ale jednak polecam suknię – puściłem jej oczko – I wiesz co? Mam świetny pomysł.

- Tak? - spojrzała na mnie nieco zdezorientowana.

- Chodźmy tam razem.


***


Agata


Jeszcze dobrze nie przebrzmiały ostatnie słowa Arkadiusza, gdy już wpatrywałam się w niego jakby postradał zmysły. Serio? Czy jakiś były chłopak mojej byłej przyjaciółki sprzed prawie piętnastu lat właśnie zaprosił mnie na jakąś galę, o której istnieniu nie wiedziałam jeszcze trzy minuty temu? Nie znaliśmy się, bo chyba nie można nam zaliczyć tego poznania się całe wieki temu. Co mu w ogóle przyszło do głowy?


- Zgadzasz się? - zapytał, jakby naprawdę sądził, że to rozważam. Ale numer!

- Wiesz… to by było dość… nieoczekiwane - zaczęłam ostrożnie. Jak się robi te całe asertywne odmowy?

- Oczywiście, w tym cały urok. Prawie jak randka w ciemno.


Zaśmiałam się i spojrzałam na niego, jak na szalonego człowieka.


- Mój drogi, czy wyobrażasz sobie, co przeżyją osoby sprawdzające zaproszenia, gdy przeczytają, że właśnie wchodzi Supeł i Pętla? Przecież to zawał murowany, oczywiście jeśli nie umrą wcześniej ze śmiechu.

- Ale czy nie byłoby to warte zobaczenia? - Arek również się zaśmiał, a jego basowy śmiech poniósł się daleko poza ściany jego gabinetu.

- Może, jednak nie jestem pewna, czy chciałabym tak ryzykować życiem niewinnych ludzi.

- Okej, rozumiem, że to odmowa – wyraźnie posmutniał, czego absolutnie nie rozumiałam. Przecież my nawet się nie znaliśmy!

- Tak, przykro mi – uśmiechnęłam się delikatnie.

- W porządku… A gdybym tak przypadkowo przyszedł na tę imprezę sam? Gdybyśmy przypadkowo spotkali się na miejscu, w tłumie w sali… Myślisz, że mogłabyś, tak hipotetycznie, oczywiście, zgodzić się zatańczyć ze mną?


Podniosłam na niego zaskoczone oczy i zamyśliłam się krótko. Nie miałam nikogo od bardzo dawna, nie chadzałam na randki, nie korzystałam z portali randkowych. Po prostu żyłam sobie z dnia na dzień szczęśliwa sama ze sobą. Czasem doskwierała mi samotność, jednak nigdy na tyle, by coś z tym zrobić. Czy było coś złego w tym, że mężczyzna, którego właśnie spotkałam po raz drugi w życiu i nie spodziewałam się spotkać już nigdy więcej, chciał spędzić ze mną chwilę na przyjęciu, na które i tak się wybieraliśmy obydwoje? Nie znaliśmy się na tyle, bym zgodziła się iść jako jego partnerka. Nie wydawało mi się to stosowne. Ale co było złego w tym, że zatańczymy ze sobą na tej całej gali lub porozmawiamy chwilę? Chyba nic. I zawsze będzie mi trochę raźniej, gdy jednak stanie przy mnie znajoma twarz.


- Myślę, że hipotetycznie mogłabym wyrazić taką zgodę – odparłam wreszcie – I może nawet rzeczywiście założę sukienkę?

- Wspaniale – spojrzał na mnie jakoś tak inaczej niż wcześniej, aż się zarumieniłam – To jesteśmy nie-umówieni.

- Zgadza się.


Wymieniliśmy jeszcze krótkie „Do widzenia!”, a następnie prawie wybiegłam z jego gabinetu, marząc tylko, żeby się nie potknąć teraz na prostej drodze. Do rozdania nagród zostało prawie dwa tygodnie, a ja być może zaliczę również przy okazji pierwszą randkę od kilku lat. Ale numer!


Koniec



fot. Sil


piątek, 3 kwietnia 2026

"Tęsknię za", czyli wiersz wolny. Nie mylić z białym ;)

 

Za tym, co nadaje sens mojemu życiu
nie emocjonalny
nie jak miłość i szczęście
lecz taki sens uroczo przyziemny
jak słowo do walki o radość
zapisane

Tęsknię za tym, co ważne dla mnie
czego nie zrozumie nikt,
kto nie jest pokrewny duszą
Tęsknię za czasem
Tęsknię za spokojem
i za odwagą,
której wciąż się boję

Sil


fot. Sil



środa, 1 kwietnia 2026

Kwiecień plecień, czyli życie zawsze weryfikuje nasze plany

 

    Miałam dziś zamiar zrobić piękne, wiosenne zdjęcie plenerowe i wrzucić je jako obraz znaczący więcej niż tysiąc słów, jednak jak to bywa, życie zawsze weryfikuje nasze plany. Po szarym, mglistym poranku, jeszcze wciąż się nie wypogodziło. Chmury wiszą nisko nad Wrocławiem i jest jakieś takie przejmujące zimno, które nie pozwala cieszyć się dniem. Niby gdzieś tam w oddali mignęły mi forsycje w pełnym rozkwicie, a nawet pierwsze, białe magnolie, ale na tym szarym tle, niewiele to zmienia. Aura nadal narzuca się szarością.

    Z jakiegoś powodu marzec obfitował w nowe odwiedziny na read2sleep.pl. Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się zajrzeć na mój amatorski blog i oczywiście - zapraszam ponownie.

    W kwietniu powinno być tutaj standardowo - mikro opowiadanie, wiersze, trochę refleksji i być może trochę o książkach i artykułach, co do których będę miała co nieco do powiedzenia.

    Na nachodzące Święta życzę Wam ciepła i radości. Wiosna to czas odradzania się. Poświęćmy trochę energii, by zapracować na własne szczęście :).


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


poniedziałek, 30 marca 2026

"Książka nie może kosztować więcej niż pół litra wódki", czyli krótka polemika z Andrzejem Sapkowskim

 

    Tak, jestem zagorzałą fanką "Wiedźmina" i to już od jakichś trzydziestu lat, ale to nie oznacza, że we wszystkim zgadzam się z jego twórcą - Andrzejem Sapkowskim. Niedawno Sapkowski udzielił krótkiego wywiadu, z okazji Dni Książki w Brukseli, w którym przedstawił poglądy na temat spadku czytelnictwa w Polsce. Wywiad można przeczytać w wielu miejscach, między innymi na stronie Polskiej Agencji Prasowej (link -> TU). Oczywiście rozumiem i szanuję diagnozę postawioną przez pana Andrzeja, jednak nie do końca się z nią zgadzam.

    Podczas wywiadu Sapkowski przekonywał, że powodem spadku czytelnictwa w Polsce jest to, że książki są za drogie a każdy, kto sądzi inaczej jest w błędzie. Zdaniem pisarza, książka powinna kosztować nie więcej niż 20 złotych i "nie może kosztować więcej niż pół litra wódki".  Brzmi pięknie? Idealistycznie? Owszem i w zasadzie zgadzam się z opinią twórcy, ale... 

    - po pierwsze nie sądzę, że osoby, które sięgają powszechnie po wódkę zamieniłyby alkohol na książki, gdyby książki były tańsze i nie jestem pewna, co miało oznaczać takie porównanie;

    - po drugie Sapkowski uważa, że to państwo powinno ładować pieniądze w rynek książki i, również zasadniczo się zgadzam, ale jest to nieco utopijne myślenie, bo temat nie jest medialny a palących potrzeb jest więcej;

    - po trzecie jeśli książka w dzisiejszych czasach miałaby kosztować poniżej 20 złotych, to kto miałby na niej nie zarabiać? Autor, wydawnictwo, drukarnia czy dystrybucja...;

    - po czwarte, czy pan Sapkowski z równym zaangażowaniem powie malarzom czy rzeźbiarzom, że ich dzieła również nie powinny kosztować dziesiątki tysięcy? Oczywiście nie jest to dokładnie to samo, bo obraz jest jeden a książek drukuje się więcej, ale jednak. I to, i to jest dziełem. I tu, i tu jakość bywa dyskusyjna.

    Spadek czytelnictwa to jest trochę bardziej złożony problem niż reakcja na ceny książek. Według moich obserwacji, ludzie po prostu wybierają łatwiej dostępne rozrywki. Osoby, które twierdzą, że nie maja czasu na czytanie, potrafią godzinami skrolować media społecznościowe i oglądać memy. Czytając artykuł zwykle ograniczają się do nagłówków. Ba! Na podstawie nagłówków komentują treść. Treść, której tak naprawdę nie znają. To nie jest kwestia ceny, bardziej czytelniczego lenistwa.

    Żeby zmienić obecny stan rzeczy, potrzebna byłaby edukacja, która pokaże dzieciom a później młodzieży, jaka jest wartość książek. Ale i to trochę mało. Potrzebna byłaby zmiana podejścia rodziców. Jeśli rodzic już kilkulatkowi wciska telefon komórkowy do ręki i puszcza mu randomowe filmiki, żeby zapewnić sobie spokój, książki nie staną się naturalnym wyborem młodego człowieka. Będą abstrakcją kojarzącą się jedynie z obowiązkiem szkolnym. Czymś do odhaczenia i zapomnienia.

    Kolejnym elementem jest brak czytających autorytetów. Jeśli widzę czasem jakiegoś celebrytę z książką, to albo promuje własną, albo reklamuje cudzą. Moim marzeniem jest to, aby sławni ludzie włączyli się w edukację swoich młodych fanów i zamiast pokazywania na Instagramie najnowszych "stylówek" czy płatnych kampanii reklamowych, w których biorą udział, zaproponowali sięgnięcie po fajną książkę, którą niedawno przeczytali. Nawet nie muszą robić tego zamiast, wystarczy oprócz.

    Książki można czytać wszędzie. Są ebooki, audiobooki, które często można nabyć po cenie niższej niż 20 złotych, jak życzy sobie pan Sapkowski. Tylko co zmieni cena, gdy chęci brak? 


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil


    

czwartek, 26 marca 2026

Trochę różowa, trochę stereotypowa, ale miała naprawdę specjalne znaczenie, więc zasługuje, aby się tu znaleźć, czyli "Perfekcyjna Pani Domu"


    Jakoś tak było, że choć wymagano ode mnie w dzieciństwie prac porządkowych w domu, niespecjalnie ktokolwiek się zastanawiał,  czy wiem, jak te prace wykonać. Musiałam wówczas zdać się na swoją kreatywność, przypomnieć sobie, jak podobne rzeczy robiła mama czy babcia. Tata w domu nie sprzątał, chyba że chodziło o przerzucanie rzeczy w piwnicy... Od mojego brata wymagano mniej niż więcej sprzątania, gdyż z założenia miał pomagać w pracach taty - drobnych naprawach, przy aucie. Takie to były czasy i ani mi nie żal, że minęły, ani nie wywołały we mnie żadnej traumy. Po prostu akceptuję, że tak było. Gdy jednak stałam się nieco starsza i chciałam sama prowadzić dom, okazało się, że brakuje mi kilku elementarnych informacji. Nie byłam pewna, jak często należało zmieniać ręczniki czy pościel a Internet w tamtych czasach dopiero raczkował i nawet nie przychodziło mi do głowy, żeby próbować szukać tam informacji. Z pomocą przyszedł mi popularny wówczas program telewizyjny "Perfekcyjna pani domu" a następnie książka pod dokładnie takim samym tytułem, o której dziś chciałam krótko wspomnieć. 

    Autorką poradnika, czy może lepiej napisać podręcznika... o prowadzeniu domu, jest angielska dziennikarka, odznaczona przez królową Elżbietę II za wyjątkowe umiejętności w prowadzeniu domu - Anthea Turner. To właśnie Anthea była gospodynią programu telewizyjnego, w którym znalazłam ogromną ilość świetnych rad. Gdy w roku 2007 (w Polsce odrobinę później) pojawiła się jej książka o tej tematyce, to oczywiste, że musiałam ją mieć. Nie mogłam wówczas wrócić do odcinka, który szczególnie mnie zainteresował, bo telewizja tak nie działa. Byłam więc zachwycona, że znalazła się pozycja książkowa, w której konkretne porady mieszały się z delikatnym humorem i jeszcze można było wyczytać z niej jedno. Prowadzenie domu to powód do dumy - nie wstydu. 

    Książka "Perfekcyjna pani domu" składa się z dziewiętnastu rozdziałów (lekcji), w których znaleźć można wszystkie informacje, których potrzebuje świeżo upieczona pani domu. Przeczytamy tu o tym, jak odgracić dom, jak sprzątać, przechowywać rzeczy, jak prać, jak przeprowadzać drobne naprawy a nawet jak przyjmować gości. Są tu również porady na temat bezpieczeństwa czy opieki nad zwierzętami. Wszystko napisane jest zwięźle, konkretnie i ładnie przedstawione graficznie. 

    Książka nie jest przegadana, nie ma w niej niczego zbędnego. Owszem, opiera się trochę na stereotypowym podziale ról, ale jednocześnie podkreśla, że nie ma niczego złego w byciu panią domu. Anthea przekazuje swój pogląd na sprawę i uważa, że jest to praca, jak każda inna, z której należy być dumnym. 

    W Polsce podręcznik "Perfekcyjna pani domu" wydało wydawnictwo FILO w 2008 roku. Przekład jest dobry. Wciąż tę pozycję można nabyć i to całkiem niedrogo. Oczywiście nie brakuje jej krytyków i od 2008 roku pojawiło się wielu kolejnych autorów-specjalistów od sprzątania i prowadzenia domu, jednak to właśnie do książki Anthea Turner mam sentyment.

    Książki nie polecam, ani nie odradzam, gdyż biorę pod uwagę fakt, że mój sentyment do tej pozycji może mocno wpływać na jej ocenę. Wiele z informacji, które się tu znajdują, obecnie można znaleźć po prostu w Internecie. Jednak jeśli ktoś chciałby przeczytać kompleksowy podręcznik, jak mieć dobrze zorganizowany dom i być dumnym z bycia gospodynią domową? Można się pokusić o przeczytanie "Perfekcyjnej pani domu" od Anthea Turner.


Ściskam i pozdrawiam

Sil



for. Sil


poniedziałek, 23 marca 2026

błąd

 

mogłam się pomylić
nic takiego - każdy może
zwłaszcza, gdy na głowie
trochę się przerzedza
i coś boli jeszcze
troszkę nieokreślonego
jakby po prostu strzykało
z tyłu, z przodu, z boku

mogłam przez godzinę 
szukać w kuchni oleju
bo głowa już nie ta
by spamiętać wszystko
że ze zdrowego rozsądku 
zmieniłam kolejność na półkach
żeby było lepiej
przecież nigdy gorzej

mogłam też przez przypadek
źle spojrzeć na stronę
i nie zsynchronizować
kalendarza z pewną ważną datą
nie taką obejrzeć
prognozę pogody
lecz i tak nie pada
chociaż przecież miało

mogłam źle pomyśleć
o co drugiej osobie
że "za moich czasów"
lub, że "może kiedyś"
a i jeszcze dodać
że nie rozumiem świata
ani tego dokąd
tak uparcie zmierza

Sil


fot. Sil


piątek, 20 marca 2026

Nierecenzja "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek", czyli dlaczego nie można ufać polonistom ;)

 

    Sporo ostatnimi czasy refleksji na read2sleep.pl, ale mam nadzieję, że są one chociaż odrobinę ciekawe dla Czytelników. Przynajmniej dziś w tle znalazła się pewna książka, dla dzieci, bo dla dzieci, ale jednak. "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" Justyny Bednarek nie będą tematem przewodnim niniejszego tekstu, dlatego nie umieściłam go wśród "recenzji", ale ze dwa słowa na temat tej pozycji również napiszę. Zacznę od końca.

    "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" Justyny Bednarek niespecjalnie przypadły mi do gustu i dlatego właśnie nie napiszę ich recenzji. Rozumiem, że mogą się podobać dzieciom, jak również rozumiem, skąd zachwyt niektórych osób. Jednak do mnie ta szkolna lektura nie przemówiła. Jak pamiętacie, na read2sleep.pl nie umieszczam (z niewieloma wyjątkami) recenzji książek, które mi się nie podobały. Do "Skarpetek" mam stosunek neutralny, jednak ponieważ jest to książka dla dzieci, nie widzę powodu, dla którego miałyby się tu znaleźć. Wyjątki robię tylko dla tych historii dla małych czytelników, które szczególnie czymś mnie ujmą. Tymczasem "Niesamowite przygody" to po prostu bajeczki, jak tysiące innych. Ładne? Ładne. Ładnie wydane? Tak, ładnie. Podobają się dzieciom? Tak. Spójne? Spójne. Wesołe? Wesołe. Mądre? Trudno powiedzieć... Coś wniosą w życie czytelników? Niewiele. Warto kupić dla dzieci? Na pewno nie będę zakupu odradzać.

    A teraz, po malutkiej dygresji, przejdźmy do właściwej tematyki niniejszej refleksji, czyli dlaczego po przeczytaniu "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek" uznałam, że nie można ufać polonistom. 😉 Otóż czytam sobie i czytam aż tu nagle wyskakuje na mnie "Ech!". Patrzę i myślę sobie. "Ech"? W tak dobrze zredagowanej książce? Przecież piszemy "Eh!" Wchodzę sobie w słowniki internetowe i widzę - okej, nie jest tak źle - obie formy są poprawne. I tu mała konsternacja. Dlaczego? Gdyż pamiętam, jakby to było wczoraj, że napisałam kiedyś wypracowanie z języka polskiego, gdzie użyłam zapisu "Ech!" Zostało mi ów słowo podkreślone jako błąd a pani polonistka wyjaśniła to w sposób następujący: "Ech" to liczba mnoga od słowa "echo". Jeśli chcesz napisać westchnienie, to wówczas piszemy przez samo "h". Kochani, przez ćwierć wieku gorliwie stosowałam się do tej zasady a nawet uśmiechałam się z politowaniem, gdy widziałam zapis "ech", bo to przecież liczba mnoga od "echo". I tu nagle taki ZONK (wybaczcie kolokwializm). 😝Nie tylko obie formy są dopuszczalne, ale nawet poczytałam w uzasadnieniach, że niektórzy poloniści uważają, iż lepiej używać wersji przez "ch". I jak ja teraz mam się oduczyć pisania przez samo "h"? I jak mam zrezygnować z tego uśmieszku z politowaniem, gdy widzę ten wyraz pisany przez "ch"? 😉 I jak mam dalej ufać polonistom? 😉

    Była to taka troszkę anegdotka z mojego życia, ale jednak skłoniła mnie również do refleksji. Zastanawiam się, ile jeszcze w moim słowniku znajduje się podobnych nieprawidłowości i czy kiedykolwiek wszystkie zdołam odnaleźć.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


fot. Sil
Kadr z książki Justyny Bednarek
"Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek"


    

czwartek, 19 marca 2026

Byłam tu już

 

byłam tu już a jednak
zaskoczył mnie ogrom wszystkiego
gdy nic i nigdy zawsze
komplikuje życie

i gdy od tak patrzyłam
jak kumulują się chmury
zrozumiałam, czym jest
niemoc i bezsilność

Sil

fot. Sil


wtorek, 17 marca 2026

Przestałam lubić zagraniczną literaturę, czyli przewrotna refleksja na dziś...

 

    Jeżeli ktoś sięgnie po moje starsze posty na read2sleep.pl, a przynajmniej te dotyczące literatury zagranicznej, zauważy pewnie, że czasem pisałam w nich, iż "wadą" jakiejś tam książki jest brak jej tłumaczenia na język polski. Tak, naprawdę myślałam tak w momencie zakładania niniejszego bloga i jeszcze długo później. Ale już tak nie uważam. Obecnie coraz bardziej drażni mnie ogrom wydawania przekładów anglojęzycznej literatury na mój ojczysty język. I nie chodzi wcale o to, że sporo tych tłumaczeń pozostawia wiele do życzenia, bo niektóre z nich są majstersztykiem i naprawdę nie ma się do czego przyczepić. Bardziej chodzi o to, że w Polsce już od przedszkola powszechna jest nauka języka angielskiego, naukę kontynuuje się przez szkołę podstawową a następnie średnią. Znajomości angielskiego wymaga się również na studiach, na które tak chętnie uczęszczają młodzi rodacy. Pytam więc, dlaczego polscy wydawcy w tak ogromnej masie marnują środki i zamiast promować polskich autorów, zamiast inwestować w polskich debiutantów, skupiają się na przekładach literatury obcej? Sama nie czytam już tłumaczeń. Czytam WYŁĄCZNIE angielskie oryginały albo oczywiście literaturę polską. I nie, moja znajomość języka angielskiego nie jest rewelacyjna. Jest... przeciętna.

    Był czas, gdy nie wyobrażałam sobie czytania po angielsku, aż pewnego dnia zdarzyło się tak, że książka, którą bardzo chciałam przeczytać, nie miała przekładu. Spróbowałam zgłębić oryginał i okazało się, że nie tylko jestem w stanie zrozumieć kontekst, ale z każdą kolejną stroną rozumiem więcej i więcej. Teraz nie wyobrażam sobie, żebym sięgnęła po tłumaczenie zamiast oryginalnej powieści.

    Nie zrozumcie mnie źle, są dzieła, które wg mnie powinny być tłumaczone - wyjątkowo ważna literatura naukowa, dzieła o światowej wartości (np. dzieła noblistów) oraz inne pozycje książkowe o ponadprzeciętnych walorach. Ale jest we mnie pewien bunt, gdy w księgarniach, w mediach społecznościowych i na reklamach znanych, polskich wydawnictw widzę wciąż i wciąż przekłady amerykańskich i angielskich powieści, które tak naprawdę większość rodaków po edukacji obowiązkowej powinna być w stanie przeczytać w oryginale. W tym samym czasie młodzi, polscy pisarze muszą kombinować, jak zainteresować wydawcę swoim dziełem, żeby nie trafiło do kosza jeszcze przed przeczytaniem przez redaktora lub, jak skombinować pieniądze na wydanie książki jako self-publisher.

    Kochani, ten krótki post, jak wspominałam w tytule, jest nieco przewrotny. Napisałam go głównie po to, aby skłonić do refleksji. W Polsce od dawna mówi się o tym, że rynek książki wymaga zmian. Może te zmiany należałoby zacząć od doinwestowania polskich autorów?


Ściskam i pozdrawiam

Sil


poniedziałek, 16 marca 2026

W poszukiwaniu inspiracji..., czyli dlaczego przeszukuję grupy czytelnicze w mediach społecznościowych

 

    Jest pewien stereotyp w naszym społeczeństwie. Tak, ludzie kochają stereotypy i nie ma w tym nic aż tak złego, jak się wydaje. Po prostu życie stałoby się bardzo skomplikowane, gdybyśmy zawsze analizowali od podstaw każdy przypadek, który stanie na naszej drodze. Nasz mózg wypracował więc uproszczenia, ale, niestety, nie zawsze są one trafne. Tym razem przedstawię krótko swoje przemyślenia na temat stereotypów czytelniczych.

    Przeglądając grupy szerokorozumianych fanów literatury w mediach społecznościowych, szukałam inspiracji. Od pewnego czasu mam problem, aby znaleźć powieść, która naprawdę mnie wciągnie, zainteresuje i coś wniesie w moje życie. Książki zaczęły mi się zlewać w jedno, pomyślałam więc, że zobaczę, co teraz czytają inni. I tak, znalazłam to, co czytają, albo przynajmniej, co polecają do czytania. Są to kryminały, książki o psychopatach, poradniki wszelkiego kształtu i rozmiaru, których przeczytanie ma zapewnić ludzkości niekończące się szczęście a do tego ciężka literatura faktu - obozy koncentracyjne, opowieści o tragicznych żywotach naszych przodków. I uwaga, bo to zaskoczyło mnie najbardziej, jeśli polecane są powieści romantyczne to tylko te nieszczęśliwe, bo te z szczęśliwym zakończeniem są, jak ktoś się wyraził, dla - wybaczcie, zapomniałam określenia, ale było ono bardzo pejoratywne - tępych, niedorozwiniętych(??) gospodyń domowych. Wspaniale, czyli rozumiem, że jeżeli chcę się poczuć wartościową osobą to powinnam czytać tylko książki, które ociekają krwią, przemocą lub kończą się jakąś katastrofą. Zgroza. Co więcej, niedawno znajoma zaproponowała mi, żebym może też napisała coś smutnego, bo ludzie kochają smutne zakończenia...

     W ten sposób zamiast inspiracji odnalazłam odrobinę frustracji. Nie będę czytać książek o fikcyjnych tragediach, gdyż zbyt wiele jest ich w prawdziwym życiu. Dawno temu przebrnęłam również przez literaturę poświęconą cierpieniu w czasach II Wojny Światowej - "Inny Świat" Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, "Opowiadania" Borowskiego i wiele innych. Nie będę po raz kolejny czytać o obozach koncentracyjnych, bo jest to dla mnie po prostu zbyt wyniszczające. Poradniki pisane przez instragramowych, samozwańczych guru również do mnie nie przemawiają. A romanse? Wiem, że nie zawsze w życiu układa się wszystko po naszej myśli i akceptuję książki, w których czytam o prawdziwych, ciężkich problemach. Ale ja od książek oczekuję relaksu, odpoczynku, światła i odrobiny nadziei a nie utwierdzenia się w przekonaniu, że nawet największa miłość jest skazana na porażkę. Nie sądzę, żeby czyniło mnie to "tępą gospodynią domową", jak ktoś był uprzejmy się wyrazić. I myślę, że literatura "ku pokrzepieniu serc" jest równie albo i bardziej wartościowa jak ta serca łamiąca.

    W ten sposób, póki co, inspiracji nie odnalazłam. Chyba będę musiała wrócić do poszukiwania na własną rękę. Kto wie, może wybiorę się na wycieczkę do większej księgarni i zobaczę, co teraz jest na półkach? 

    Wkrótce będę miała dla Was tekst o pewnej zapomnianej przeze mnie książce. Nie jest to nowość, ale jest to coś, co na pewno warto poznać. 


Ściskam i pozdrawiam

Sil


niedziela, 15 marca 2026

Od wiatru

 

bose stopy wsunięte
w buciki zapięte
skromnie wypastowane
by ukryć nędzę
starannie i czyste
dobrane ubranie
maskuje niedostatek
niechlubny, niepiękny

parę kroków - wiatr rozwiał
włosy z czułością splątane
rozplótł pasemka gładkie
rudy blond i złoto
świat dowiedział się nagle
że to było na pokaz
jak skorupka do marmuru
łudząco podobna

Sil

fot. Silentia


piątek, 13 marca 2026

Słówko o tolerancji, czyli gdzie biegnie pewna cienka granica...

     

    Był rok 2023, gdy rozmawiając z zaprzyjaźnioną psycholożką, powiedziałam "Często, gdy mam odmienną opinię milczę, żeby nie zrobić komuś przykrości i czasem zastanawiam się, czy nie przesadzam z tą empatią". Znajoma psycholożka nerwowo poprawiła się na krześle i odpowiedziała "To nie jest żadna empatia! To podkładanie się!" Wówczas byłam nieco zbita z tropu. Myślałam "Jak to?". Zawsze mówiono mi, od najmłodszych lat, żeby uważać, aby nie zranić uczuć innych. Przypomniałam sobie, jak często słyszałam słowa tak nieprzyjemne, że ból w sercu był niemal nie do zniesienia, a jednak nic z tym nie robiłam, bo nie chciałam kogoś zranić. Nawet kogoś, kto tak bardzo zranił mnie. Wieczorem tamtego dnia, położyłam się wcześniej, ale nie mogłam zasnąć. Kręciłam się i kręciłam, aż nagle usiadłam na łóżku i wykrzyknęłam w myślach: "Faktycznie! Ona ma rację! Ja nie okazywałam empatii tylko się podkładałam!"

    Czytałam niedawno artykuł, że w Wielkiej Brytanii zdejmowano flagi narodowe, aby nie urazić imigrantów i nagle przypomniała mi się ta sytuacja, ta rozmowa ze znajomą psycholożką. Kiedy pozwalamy gościom rządzić w naszym domu, przestawiać meble, wszystko krytykować, czy to to jest w porządku? Stare przysłowie mówi "Gość w dom, bogi w dom". Okej, ale to jednak nadal jest nasz dom. Gościa należy przyjąć godnie, ale są pewne granice i to nie tak, że mamy obowiązek zmienić kolor kanapy na czerwony, bo gość akurat nie lubi czarnego. Nie ukrywamy zdjęcia bliskiej nam osoby, bo może gość akurat tej osoby nie lubił. Jeśli ktoś przyjeżdża do cudzego kraju i chce się stać jego częścią, to dlaczego próbuje narzucać prawa z własnego państwa? Gdzieś istnieje granica tolerancji. Gdzieś istnieje granica gościnności. I czasem warto zastanowić się, czy zamiast okazywania zbyt daleko posuniętej empatii, po prostu nie podkładamy się tym, którzy cynicznie to wykorzystają.


Ściskam i pozdrawiam

Sil


czwartek, 12 marca 2026

Jeszcze jeden wiersz mam dla Was, czyli "Nie pytaj kim jestem"

 

nie pytaj kim jestem


nie spoglądam w oczy
nie pytaj dlaczego
patrzę wyżej
patrzę głębiej
zamiast w duszę - w niebo
błękit tu niewyraźny
mętna myśl wieczorna
nie pytaj mnie kim jestem
łza bywa przekorna
i gorącą lawą wyznacza granice
nie pytaj kim jestem
mam swe tajemnice
a bariery z cegieł
tworzą grube mury
otaczając ciało
od serca do skóry

Silentia


fot. Sil



środa, 11 marca 2026

bezsenna

 

leżę bezsenna
jest trzecia w nocy
wpatrzona w piękno skośnego sufitu
niczego nie chcę 
niczego nie pragnę
tylko zasnąć
tylko śnić

idę
zmęczona przemierzam miasto
brukowane uliczki poplamione 
zbrukany asfalt i beton
słyszę śpiew, lecz nie ptasi
nie na żywo
nie wiosny

widzę kamienne posągi
widzę zmęczenie i młodość
widzę, że nie wszystko skończone
tylko to, co się już zaczęło

Sil
fot. Silentia


Czy mnie oczy zwodzą, czy dziennikarstwo w Polsce już nie wymaga znajomości języka polskiego?

 

    Patrzyłam na nagłówek w gazecie i... nie mogłam uwierzyć. Błąd, błąd gramatyczny w samym nagłówku! I to nie nagłówku w byle czym, na jakimś nieznanym mi portalu internetowym, lecz w uznanej gazecie codziennej z tradycjami, o której litościwie teraz nie wspomnę. Co się stało z dziennikarstwem w naszym kraju? Czy pogoń za klikami jest tak oślepiająca, że nikogo już nawet nie interesuje, aby poprawnie zredagować tekst? Lub chociaż nagłówek! Czy nie istnieje już instytucja korekty? 

    Tak, wiem. W moich tekstach zdarzają się literówki, są też inne błędy, które czasem udaje mi się wyłapać i poprawić, a czasem nie. Często piszę również kolokwialnie i nie zawsze o tym informuję. Ale, na litość, ja nie jestem korektorem, nie mam wykształcenia polonistycznego, dziennikarskiego czy nawet pokrewnego. Jestem dyslektykiem. Prowadzę amatorskiego bloga, hobbystycznie i bez prób zarobku. Jak na tak okropne błędy, i to już w nagłówku, może sobie pozwolić poczytna gazeta zatrudniająca fachowców?

    Pamiętam przed laty, gdy w katalogu jednej z firm kosmetycznych zobaczyłam nagłówek "Pachnąć jak waniliowy budyń" - pamiętam jak konsultantki śmiały się, że marketing "pojechał po całości". Niektórym było wstyd. Dla porządku wspomnę, że "pachnąć" nie jest oficjalną formą. Poprawnie mówimy "pachnieć", ale "pachnąć" uznaje się za regionalizm i dopuszcza w mowie potocznej. To był tylko katalog kosmetyczny a i tak ten błąd odbił się szeroko, wzbudził śmieszność. Dlaczego dopuszcza się więc tyle błędów we współczesnym dziennikarstwie? W gazetach tworzonych przez ludzi wykształconych w tym kierunku?

    Coraz częściej w prasie obserwuję brak jakiejkolwiek rzetelności. Widzę manipulowanie faktami - specjalnie pokazuje się sprawę połowicznie, wyrywa słowa z kontekstu, mieli stare teksty, żeby wyglądały, jak nowe. Jeśli dochodzą do tego jeszcze pospolite błędy... Już sama nie wiem, jak to wszystko skomentować.

Ściskam i pozdrawiam

Sil


wtorek, 10 marca 2026

Trochę geniusz, trochę grafoman, czyli kilka słów o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim

 

    Konstanty Ildefons-Gałczyński (1905-1953) jest znany Polakom głównie za sprawą przerabiania jego wierszy na języku polskim w szkole podstawowej. Sama pamiętam doskonale "Pieśń o żołnierzach z Westerplatte", która - muszę przyznać - była jednym z lepszych utworów poety. Do mnie jednak najbardziej przemawiał pewien mniej znany tekst - "Deszcz", w którym Gałczyński pisał z perspektywy kobiety (Pierwszy wers: "Mówiłam tobie już pięćdziesiąt kilka razy". Link do "Deszczu" -> TUTAJ). Ale nawet biorąc pod uwagę te dwa, całkiem udane dzieła, wiersze Gałczyńskiego nigdy do mnie specjalnie nie przemawiały. Jak pisałam już wielokrotnie na read2sleep.pl, dla mnie poezję należy czuć bardziej niż rozumieć i tego właśnie mi zabrakło. Dlatego poza edukacją obowiązkową, do tej pory nie próbowałam czytać poezji Konstantego Ildefonsa, sięgając zamiast tego po tomiki innych twórców. 

   Dwa lata temu znalazłam po choinką sporą księgę. Była to antologia poezji Gałczyńskiego skromnie zatytułowana "Poezje". Wydanie Dressler Dublin sp. z o.o. z 2019 roku, wyglądało ładnie na półce, ale poza tym nie wzbudziło mojego większego zainteresowania. Pewnie, gdybym otrzymała wiersze jakiegoś poety Młodej Polski, byłabym bardziej skłonna zapoznać się z dziełem. Jednak doskonale pamiętałam, że z Gałczyńskim po prostu nie było mi po drodze.

    Kilka dni temu, szukając czegoś zupełnie innego na moim podręcznym regale na książki, znalazłam jakieś opasłe tomiszcze. Był to właśnie zbiór wierszy Gałczyńskiego. Usiadłam, żeby pobieżnie przejrzeć i, choć większość utworów kojarzyło mi się bardziej z grafomanią niż poezją, zatrzymałam się na chwilę, gdy natrafiłam na wiersz "Pomysł" (tekst na zdjęciu poniżej). Utwór nie tylko jest napisany bardzo w moim stylu, ale również treścią przypomina mi to, co nieraz sama tworzę. To był pierwszy raz, gdy poczułam, iż mogę znaleźć w poezji Gałczyńskiego coś naprawdę dla siebie. Nie będę omawiała tego utworu - powiem tylko "przeczytajcie i zastanówcie się nad nim chwilę!" Może i wy znajdziecie w nim coś dla siebie?


Ściskam i pozdrawiam

Sil


Utwór Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego


fot. Sil



poniedziałek, 9 marca 2026

Rozterki pisarki, czyli jak tu nie porównywać się z innymi...

 

    Widzę nieraz na wystawie księgarni jakąś książkę z tak niesamowitą okładką, że chociaż od dawna czytam jedynie ebooki w telefonie, muszę wejść do środka i obejrzeć dzieło. Niestety, jak się okazuje, często wspaniała oprawa nie idzie w parze z interesującym mnie blurbem. Czasem zastanawiam się jeszcze chwilę, czy mam wśród krewnych i znajomych kogoś, kto byłby zainteresowany takim a nie innym dziełem i, jeśli mam, kupuję na prezent. Ale częściej jest tak, że uświadamiam sobie, że właściwie nie mam komu sprezentować książki o takiej tematyce i po prostu wychodzę, by znów gonić za swoimi sprawami.

    Tytuł dzisiejszego psota "rozterki pisarki" dotyczy jednak czegoś trochę innego. Tak, widząc piękne okładki jestem nieraz trochę zazdrosna, że żadna z moich następnych powieści nie będzie mogła już tak wyglądać ;), ale częściej zastanawia mnie coś innego. Co jest w danych pozycjach, że stają się bestselerami? Co jest w nich takiego, że wydawnictwa przyjmują je do siebie, wydają tak pięknie, promują... Owszem, czasem jest to sama treść. Czytam jakąś powieść i myślę "Ja nie napiszę nigdy nic aż tak dobrego, może dać sobie spokój z pisaniem?" a później trafiam na jakiś bestseler, czytam i myślę "Co za gniot, moja twórczość przy tym to majstersztyk. Jak ktoś to w ogóle mógł wypuścić na rynek?". Więc to chyba nie to... Może to kwestia słynnego "tego czegoś". Ludzie dobierają się w pary mówiąc "było w niej/w nim to coś". Może tak jest i z książkami? Czytamy, innym się nie podobają, ale my widzimy  w nich "to coś". Lub wręcz przeciwnie - inni pieją z zachwytu nad jakimś dziełem, a my nie umiemy zrozumieć, dlaczego?

    Elementów układanki jest pewnie więcej. Czytałam wiele artykułów na temat tego, że w dzisiejszych czasach bardziej sprzedaje się autora książki i ideę książki niż samą książkę. Tu mam w takim razie pod górkę, gdyż bardzo chciałabym oddzielić swoją osobę od tego, co piszę. Książki, które tworzę to są takie, które sama chciałabym przeczytać, a nie takie, którymi chciałabym zdobyć sławę. Pisałam wielokrotnie, że  najchętniej sprawiłabym po prostu, by moje powieści stały się jakby łącznikiem między mną a osobami, które są do mnie podobne, żyją podobnie, lubią podobne historie. Tymczasem, poznając inne dzieła, mam często wrażenie, że są one tworzone głównie po to, by stać się dla ludzi czymś więcej. Ja niekoniecznie chcę, żeby moje książki były dodatkiem do życia. Chcę, żeby stały się jego częścią. Chwilą relaksu w autobusie po pracy. Odrobiną odpoczynku od dzieci i obowiązków domowych, gdy możemy wreszcie po zmroku usiąść z filiżanką herbaty. To tam właśnie widzę swoje opowieści - jako jeden ze składników codzienności.

    Na co dzień staram się nie porównywać z innymi. Tak w życiu, jak i w pisaniu. Nie jest to łatwe, gdyż, jak wielu z nas, od dzieciństwa porównywano mnie niemal bez przerwy "Zobacz, jaka tamta dziewczynka jest grzeczna!" - mówiła mama. "A Dorota to mogła jakoś dostać piątkę..." - słyszałam za każdym razem, gdy ocena w szkole nie była najwyższa. Na studiach, w pracy, w korporacji, w domu. Potrzebowałam lat, by nauczyć się, że z tego porównywania nic dobrego dla mnie nie przyjdzie. A jednak wciąż, gdy przeczytam książkę, która wyjątkowo do mnie przemówi myślę "Jest w tym coś więcej". Lecz choć czasem mam chwile zwątpienia i czasem myślę, żeby może już dać sobie spokój - nie mogę. Ponieważ pisanie, tworzenie historii, poezji, kreowanie bohaterów... Jest to po prostu część mnie.


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


fot. Silentia


    

niedziela, 8 marca 2026

tańczyłam, tańczyłam

 

tańczyłam, tańczyłam
świat nie patrzył na mnie
chciałam skłamać, że umiem
lecz poezja nie kłamie
niczym światło wśród cieni
krok umykał przed krokiem
chciałam cofnąć, co jest
chciałam uciec przed wzrokiem
gdy powieki półmartwe
od bólu istnienia
chciałam wreszcie coś zmienić
ale nic się nie zmienia
pod przeciętym złą wróżbą
roztańczyłam się niebem

nim wróciłam do domu
tańczyć tylko dla siebie


Silentia


fot. Silentia


sobota, 7 marca 2026

"Frajerka z ciebie", czyli dlaczego wolę kupić książkę niż wypożyczyć ją z biblioteki

 

    Któregoś razu kupiłam znajomemu książkę na urodziny. Ładną, dobrze wydaną i oczywiście autora, o którym wiedziałam, że jest ulubionym pisarzem mojego kolegi. Znajomy niby się ucieszył, ale nagle powiedział do mnie, że właściwie nie rozumie, po co marnować pieniądze na książki, skoro istnieją biblioteki. Zdziwiłam się takim podejściem. Zapytałam, czy w bibliotekach są wszystkie te książki, które chce przeczytać. Odpowiedział mi, że nie, ale jest wystarczająco dużo, żeby miał co czytać bez marnowania pieniędzy. Po krótkiej wymianie opinii powiedziałam, że ja i tak wolę kupować książki, aby wspierać ich autorów. Mój kolega roześmiał się i z politowaniem zauważył, że frajerka ze mnie i, że żaden z tych pisarzy nie myśli o mnie i o tym, czy mam za co kupić książkę. Wtedy, jako młoda dziewczyna pomyślałam "może ma rację?" Jakie miało znaczenie to, że od czasu do czasu wydaję pieniądze na książki. Wyobrażałam sobie wówczas pisarzy jako celebrytów, którym niczego w życiu nie brakuje. Ale dziś, gdy jestem już dojrzałą kobietą czuję, że w tej dyskusji racja była jednak po mojej stronie. Dlaczego? Bo ilu pisarzy stać byłoby na to, żeby pisać i wydawać książki, gdyby ich praca nie byłaby opłacana? Ile książek by powstało, gdyby pisarz, oprócz zajmowaniem się tworzeniem nowego dzieła, musiał iść do innej pracy, żeby zarobić na chleb? Są ludzie, jak np. ja, którzy będą pisać i wydawać bez względu na to, czy ktoś tę książkę kupi czy nie, bo jest to dla nas po prostu hobby lub coś, bez czego nie możemy żyć. Ale są również utalentowane osoby, które nie zgodzą się na to, by wykonywać wyczerpującą pracę od poniedziałku do piątku a później jeszcze, zmęczeni, mieliby pracować weekendami nad dziełem, którego być może i tak nikt nie doceni. 

    Praca nad książką nie jest bezwysiłkowa. Wymaga skupienia, wymaga czasu na samo, fizyczne napisanie. Wymaga dogłębnego przemyślenia wszystkich szczegółów, połączenia wątków, wykreowania postaci. To nie jest tak, że sam pomysł na książkę zaraz zaowocuje gotowym tekstem. Żeby wszystko spiąć potrzeba tygodni, miesięcy a nawet lat. Wiedziałam to już wcześniej, zanim sama zaczęłam pisać i pewnie dlatego nie wyobrażałam sobie, żeby nie kupić książki, za powstanie której jestem po prostu wdzięczna.

    Kochani, nie zrozumcie mnie źle! Uwielbiam biblioteki. Naprawdę je uwielbiam, gdyż w bibliotece się praktycznie wychowałam. Moja mama była kustoszem w jednej z wrocławskich bibliotek i spędzałam u niej sporo czasu - po szkole czy zamiast przedszkola, gdy gorzej się czułam. Jeszcze zanim dobrze zaczęłam czytać, wiedziałam co to jest karta biblioteczna, katalogi, czytelnia. Mając kilka latek wiedziałam, że w bibliotece należy zachować ciszę, że książki się kataloguje. Ale widywałam również, jak mama buszuje po księgarniach, aby wciąż rozwijać zbiory. Mówiła mi nieraz, że ta pozycja jest szczególnie wartościowa i pomyśli też o zakupie do nas, do domu. Wspominała o pięknym wydaniu, ale też o pisarzach, ile pracy ich kosztowało to, aby książka powstała. Może dlatego wyrosłam z przekonaniem, że należy okazywać wsparcie autorom poprzez zakup ich dzieł. Nie oznacza to, że dokładnie wszystko trzeba mieć na własność, jednak można pomyśleć np. o zakupie tych książek, które są dla nas naprawdę wartościowe. Nie wydaje mi się to "frajerstwem" i "marnowaniem pieniędzy", jak kiedyś przekonywał mnie znajomy. Wydaje mi się to po prostu wyrażeniem szacunku wobec kogoś, kto stworzył coś, co jest dla mnie ważne. To, co jest ważne mniej, można wypożyczyć z biblioteki ;). 


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


fot. Silentia


piątek, 6 marca 2026

Będąc NIKIM ważnym


będąc kimś nie można być przecież nikim
a może jednak?
czasem nie wystarczy,
że stoisz na dwóch łapach,

aby nazywać się człowiekiem
czasem imię twoje wybierze tłum
zamiast "dzień dobry"
milcząco zabrzmi pogarda

w blasku pełni bywa i tak nieco złudnie,
że hałda śmieci tuż pod chałupą

zda się innym być jakby górą złota

i na chwilę stajesz się
panem wszechświata
nim otworzysz oczy
a lustro odpowie
NIE

Silentia 


fot. Sil


czwartek, 5 marca 2026

Krótki komentarz do wywiadu z Michałem Michalskim, czyli dlaczego tak wiele osób pisze książki...


    Kilka dni temu podpowiedział mi się w mediach społecznościowych wywiad z Michałem Michalskim - dyrektorem wydawnictwa ArtRage. Widziałam już wcześniej, że jest taki wywiad, ale był w materiałach płatnych na jakimś tam portalu, więc nie zdecydowałam się go przeczytać. Tym razem podano linki do portalu kobieta.gazeta.pl (link -> TUTAJ) i mogłam wreszcie bezpłatnie zapoznać się z treścią. Cóż, nie powiem, że jest tu wiele zaskakujących dla mnie faktów. Wręcz przeciwnie, o większości spraw, które porusza Michał Michalski już czytałam, słyszałam, czy znam je z autopsji. Jest też kilka uwag pana Michała, kilka refleksji - z niektórymi zgadzam się w pełni, z innymi niekoniecznie. 

    Pytanie, które zawsze nasuwa mi się w momencie, gdy ktoś wspomina, że za dużo osób w dzisiejszych czasach pisze książki, to jest "Dlaczego ktoś ma nie napisać książki, jeśli ma na to ochotę?" Dlaczego wszyscy mogą np. jeździć na rowerze w ramach hobby, ale np. pisanie książek ma być zarezerwowane dla wąskiej grupki osób? Kochani, nie każdy, kto jeździ na rowerze, zostanie mistrzem świata w kolarstwie, nie każdemu nawet przyjdzie do głowy, by wziąć choć raz w życiu udział w jakichkolwiek zawodach. A jeśli nawet weźmie, rzadko stanie się mistrzem. Mistrzami, faktycznie, zostaje tylko garstka. Podobnie z pisaniem książek. Nie każdy, kto napisze książkę zdecyduje się na próbę jej wydania i to jest w porządku. A jeśli ktoś się zdecyduje, ale jego książka nie zostanie zakwalifikowana do wydania? Zdarza się i tak. Dlaczego nie spróbować? Pan dyrektor Michalski, jak i inni redaktorzy z polskich wydawnictw, pragnęliby pewnie, aby na ich skrzynki mailowe trafiały jedynie dzieła na miarę literackiej nagrody Nobla, ale wtedy po co byliby pisarzom wydawcy? Jeśli mielibyśmy pewność, że stworzymy nową epopeję narodową, to po co nam pośrednik? Piszemy, drukujemy na żądanie w drukarni i już. Tak to nie działa. Każda książka ma pewnie potencjał, tylko czasem jest on zbyt mały, by w nią zainwestować. Trzeba też ocenić na podstawie doświadczenia, czy będzie jakiekolwiek zainteresowanie takim dziełem. Tego pisarz nie oceni sam, do tego potrzebuje fachowców i dlatego wysyła propozycje wydawniczą. Ale to też nie jest tak, że jeden redaktor, który oceni dzieło jest nieomylny. I tu się zgadzam z panem Michalskim - jeśli naprawdę wierzy się w swoją książkę, dobrze jest spróbować sił w wielu miejscach.

    Michał Michalski uważa, że polscy pisarze nie mają żadnych umiejętności literackich. I tu się raczej zgodzę, ale... Po pierwsze, od tego jest redakcja, aby ukształtować właściwą formę do świetnej treści. Po drugie, skąd mają mieć umiejętności, jeżeli edukacja polonistyczna w naszym kraju nagradza korzystanie ze schematów a nie kreatywną twórczość? Po trzecie, często sami wydawcy przyczyniają się do tego, że kiepska książka staje się bestselerem. Co mam na myśli pisząc "kiepska" - np. bez wyrazistych postaci, z nielogiczną, niespójną fabułą, z przesadnie szczegółowymi, nic nie wnoszącymi do treści opisami, z błędami różnej maści. Często wydaje się również dzieła, które są podobne do tych, które wydawało się już wcześniej. Tak podobne, że czytelnik się zastanawia, czy już na pewno tego wcześniej nie czytał... Wielu ludziom to pasuje, ale jaki to ma wkład w dorobek literacki naszego kraju?

    I na koniec... Ciągle, z różnych stron, słyszę, że w Polsce jest więcej pisarzy niż czytelników (oczywiście to odrobinę przesada ;)) i jest to troszkę smutne, ale jak powiedziała kiedyś noblistka Toni Morrison: If there's a book that you want to read, but it hasn't been written yet, then you must write it. (W wolnym tłumaczeniu: Jeśli jest książka, którą chcesz przeczytać, ale jeszcze nikt jej nie napisał, musisz ją napisać). 


Ściskam i pozdrawiam

Silentia


fot. Sil


Najpopularniejsze posty :)