Kochani!
Jak to było z tym, że życie zawsze weryfikuje nasze plany? No właśnie... Dużo się dzieje u mnie, ale nie będę Was tym zanudzać. Zamiast tego zapraszam do lektury kolejnego mikro opowiadanka. Prosta, lekka historia w sam raz na króciutki, wiosenny relaks. Zapraszam!
Ściskam i pozdrawiam
Sil
Ale numer!
Silentia
Agata
Wygrałam! Zaraz, co? Wgrałam? Naprawdę wygrałam? Patrzyłam z
niedowierzaniem na wyniki konkursu fotograficznego w lokalnej gazecie
i nie mogłam uwierzyć własnym oczom. Owszem, gdy kilka tygodni
temu w tajemnicy wysłałam jedno z moich amatorskich zdjęć na
konkurs, marzyłam oczywiście, że zajmę jakieś miejsce. Śmiałam
pomyśleć nawet o ostatnim nagradzanym, czyli miejscu piątym, ale
pierwsze? Ale numer! Nie mogłam w to wszystko uwierzyć i już od
godziny, kiedy to nabyłam najnowsze wydanie gazety tylko po to, aby
sprawdzić listę laureatów, naprzemiennie wpadałam w euforię oraz
w stan głęboko depresyjny, gdy wmawiałam sobie, że to pewnie
tylko jakaś pomyłka lub… nie wiem, może zbieżność nazwisk?
Nie mogłam wygrać. Nawet nie byłam fotografem. Owszem,
poświęcałam trochę czasu temu mojemu niewinnemu hobby, ale ja
nawet nie miałam lustrzanki. Mój aparat to był cyfrowy nowoczesny
sprzęt dla turystów, a nie taki profesjonalny. Nie miałam ani
super obiektywów, ani przysłon, ani niczego, co tam jeszcze trzeba
mieć, by uznać swoje zainteresowanie fotografią za poważne. Ja po
prostu lubiłam robić zdjęcia i robiłam je w biegu wracając z
pracy, ewentualnie podczas krótkich spacerów w co bardziej pogodny
weekend. Nie zasługiwałam na wygraną i teraz odczuwałam wręcz
wyrzuty sumienia, że nie wygrał ktoś nieco bardziej zaangażowany.
Po co ja w ogóle wysyłałam te moje fotki na konkurs?
Mój telefon zadzwonił, spojrzałam więc od niechcenia na
wyświetlacz. Z reguły dzwoniła do mnie jedynie mama, babcia lub
któraś z koleżanek z pracy. Tymczasem numeru nie rozpoznawałam, a
to oznaczało, że… O, przestał dzwonić. Ładnie. Teraz już się
nie dowiem, kto dzwonił. A nie, znów dzwoni.
- Halo? - odebrałam pospiesznie.
- Dzień dobry! Mówi Monika Magelon z wydawnictwa Dziennika
Miejskiego, czy rozmawiam z panią Agatą Supeł?
- Tak, to ja. W czym mogę pomóc.
- Witam serdecznie, dzwonię w sprawie wygranego przez panią konkursu
fotograficznego.
- Czyli to nie pomyłka? - aż poderwałam się z miejsca.
- W żadnym wypadku. Rozumiem, że już obejrzała pani listę
laureatów. Uroczyste wręczenie nagród odbędzie się w sobotę dwudziestego piątego kwietnia w Sali Bankietowej hotelu Panorama. Proszę o informację,
czy życzy pani sobie przesłanie zaproszenia na adres podany w
zgłoszeniu konkursowym, czy może odbierze je pani przy okazji
wywiadu?
- Wywiadu? Jakiego wywiadu? - przestraszyłam się – Jestem
nauczycielką matematyki. Skromną, mało społeczną… Po co niby
byłoby robić ze mną wywiad?
- Szanowna pani, to był jeden z punktów regulaminu konkursu.
Składając swoją pracę wyraziła pani zgodę na udział w
wywiadzie dla naszej gazety.
- Ja rozumiem, ale nie sądziłam wówczas, że wygram!
Moja rozmówczyni zaśmiała
się nagle, ale zaraz odchrząknęła i spoważniała.
- W każdym razie wywiad musi odbyć się przed rozdaniem nagród.
Czy ma pani jakieś preferencje, co do dnia i godziny?
- Nie, ale raczej musiałoby to być po południu. W czwartki i
piątki kończę pracę w szkole o jedenastej trzydzieści, więc
może któreś z tych dni?
- Wspaniale, to może najbliższy piątek o godzinie trzynastej?
- Dobrze…
- Proszę zgłosić się do recepcji naszej siedziby przy ulicy
Rabczyńskiej piętnaście i powiedzieć, że ma pani umówione
spotkanie z redaktorem Pętlą. Wyślę wizytówkę na podany w
zgłoszeniu adres mailowy.
- Żartuje pani ze mnie? - wykrzyknęłam do słuchawki.
- Przepraszam, ale nie rozumiem.
- Mam poprosić o spotkanie z redaktorem... Pętlą?
- No… tak.
- Czy widziała pani moje nazwisko?
Na chwilę w słuchawce zapadła głucha cisza, a następnie moja
rozmówczyni odezwała się bardzo, bardzo dziwnym głosem.
- Fakt, dość osobliwy… zbieg okoliczności. W każdym razie –
odchrząknęła – Tak, nazwisko redaktora brzmi Pętla. Arkadiusz
Pętla.
- Ale numer! - jęknęłam.
- Tak. To znaczy… Do zobaczenia… pani Supeł.
***
Arek
Zostało jeszcze pięć minut do mojego spotkania a ja wciąż nie
mogłem uspokoić śmiechu. Jeny! Jak ja miałem przeprowadzić ten
wywiad? Jak miałem zachować powagę rozmawiając z kobietą o
nazwisku Supeł?! Okej, moje własne nazwisko dawało mi w szkole
popalić, zarówno za sprawą nauczycieli jak i kolegów z pracy, ale
nauczyłem się podchodzić do całej sprawy z humorem, jak reszta
mojej rodziny. Tylko jak Pętla miał przeprowadzić wywiad z…
Supłem?
Interkom na moim biurku zadzwonił i wiedziałem, że mój najnowszy
gość właśnie dotarł. Poprosiłem, żeby dać mi jeszcze dwie
minuty, a następnie wpuścić panią Agatę. Dwie minuty, tyle czasu
zostało mi, żeby się ogarnąć i nie wygłupić. Ciekawe, jak
miałem tego dokonać?
***
Agata
No dobrze, jestem tu, chociaż absolutnie nie wiem, po co. Ale skoro
tak było w regulaminie konkursu, którego niestety nawet nie
przeczytałam. To znaczy, przeczytałam, jak już się okazało, że
konkurs jakimś cudem wygrałam i, że muszę w związku z tym
udzielić wywiadu. Może powinnam mniej złościć się na uczniów,
że nie czytają poleceń do końca? W każdym razie, udawałam
teraz, że nie widzę, iż recepcjonistki zerkają na mnie próbując
się nie roześmiać. W końcu jedna z nich oświadczyła uprzejmie,
że mogę już się udać do pokoju numer osiem. Jeszcze nim tam
dotarłam, do moich uszu gdzieś z oddali dotarł niekontrolowany
śmiech. Pięknie. Zapukałam do ósemki i gdy tylko usłyszałam
basowe „Proszę!”, weszłam niepewna, czego właściwie mogę się
spodziewać.
- Dzień dobry! - zaczęłam więc dość nieśmiało, zastanawiając
się, czy jest sens się przedstawiać, czy może lepiej nie.
- Pani… Supeł? - odchrząknął mężczyzna, na oko przewyższający
mnie wiekiem o kilka lat.
Przyjrzałam mu się nieprzychylnie. Dlaczego wyglądał, jakby miał
zaraz wybuchnąć śmiechem? Jeśli nazywał się Pętla, to
spodziewałam się, że może nie będzie go bawić nazwisko Supeł.
- To ja – westchnęłam, tylko mimochodem zauważając, że
redaktor jest troszkę zbyt przystojny jak na mój gust.
Pewnie byłabym bardziej onieśmielona tym wyglądem, gdyby
nie fakt, że w tej chwili czułam się po prostu lekko zrezygnowana.
- Miło mi panią poznać, jestem Arek… Pętla. Czy możemy mówić
sobie po imieniu?
- Możemy – westchnęłam ponownie. W sumie, czemu nie? Zawsze to
się człowiek poczuje trochę mniej starą panną.
- Dobrze, opowiesz mi coś o sobie zanim zaczniemy? - wskazał na
mały stolik i dwa krzesła w rogu pokoju, więc podreptałam
posłusznie i zajęłam jedno z nich. Redaktor również usiadł.
- Jestem nauczycielką matematyki w szkole podstawowej a po szkole
lubię piec ciasta i robić zdjęcia przypadkowym zabytkom i
przyrodzie. Mam stereotypowego kota i begonie na balkonie. Koniec.
- Okej… - przekrzywił głowę i przez chwilę przyglądał mi się
bez słowa, jednak zaraz się zreflektował – Napijesz się czegoś?
Kawa? Herbata? Woda?
- Dziękuję, przyniosłam swoją butelkę – wyjęłam mój bidon
filtrujący – To w porządku, jeśli będę jej używać?
- Jasne, nie ma sprawy.
Znów na chwilę zapadła cisza, czego nie rozumiałam. Dlaczego ten
człowiek tylko patrzy a o nic nie pyta? Nie miałam ochoty na ten
wywiad, jednak jeśli był konieczny, bo taki regulamin
zaakceptowałam, to wolałam już, żeby odbył się jak najszybciej.
Miałam nadzieję, że odpowiem po prostu na kilka standardowych
pytań a następnie ucieknę do domu, gdzie zrobię sobie relaksującą
kąpiel w wannie, a następnie zabiję stres solidnym kawałkiem
ciasta czekoladowego, które na wszelki wypadek upiekłam wczoraj
późnym wieczorem.
- To… co z tym wywiadem? - posłałam redaktorowi znaczące
spojrzenie.
- Tak, już. Po prostu… Mam wrażenie, że już cię gdzieś
widziałem i zacząłem się zastanawiać, skąd możemy się znać.
- Nie sądzę, żebyśmy się znali – odparłam pospiesznie.
Gdy jednak Arek o tym wspomniał i przyjrzałam się jego twarzy,
faktycznie. Widziałam już to przystojne oblicze. Dawno temu. Bardzo
dawno temu, nie był wtedy jeszcze tak poważny i chyba był wówczas
nieco… większy.
- Schudłeś! - wypaliłam zanim zdążyłam się ugryźć w język,
a on nagle wybuchnął śmiechem.
- Tak sądziłem. Agata Eleonora, tak przedstawiłam mi cię kiedyś
Marta Straszczyk, czyli moja była dziewczyna.
O matko. Marta Straszczyk? Moja przyjaciółka z pierwszego roku na
matematyce? Ale numer!
***
Arek
Nie mogłem się skupić na wywiadzie, ale trzeba było go odbębnić.
Zadałem Agacie wszystkie przygotowane wcześniej pytania i całe
szczęście, że miałem to już ogarnięte. Inaczej dziś niczego
byśmy nie zrobili. Agata Eleonora, tak przedstawiła mi ją była
dziewczyna, gdy spotkaliśmy się kiedyś na kampusie. Byłem wówczas
studentem ostatniego roku dziennikarstwa, a moja dziewczyna była
pierwszaczkiem. Poznaliśmy się na jakiejś imprezie, jednak nie
byliśmy ze sobą długo, bo Marta postanowiła rzucić studia i
wyjechać za granicę. To właśnie krótko przed tą decyzją
poznałem Agatę. Marta nie podała mi jej nazwiska, a szkoda. Może
wówczas znalazłbym ją, może los potoczyłby się inaczej.
Pamiętam, że zachwyciła mnie świeżość i niebanalna uroda
przyjaciółki Marty. Była rudowłosa, zielonooka. Nie znałem nigdy
wcześniej nikogo o zielonych tęczówkach i już to samo w sobie
było dla mnie na tyle niezwykłe, iż chciałem lepiej ją poznać.
Gdy Marta mnie rzuciła mówiąc, iż zaczyna nowe życie, zapytałem
ją, czy może podać mi jakiś kontakt do swojej koleżanki, ale
Marta tylko się zaśmiała. Próbowałem odnaleźć Agatę, ale
nigdy mi się to nie udawało i po jakimś czasie zrezygnowałem
sądząc, że widocznie bliższe poznanie się nie jest nam pisane. I
teraz, prawie piętnaście lat później, ona nagle siedzi przy
stoliku w moim gabinecie i udziela mi wywiadu. Niesamowite.
- Świat jest mały – zagadnąłem, gdy już skończyliśmy to, po
co dziś do mnie przyszła.
- To prawda – uśmiechnęła się i zaczęła zbierać swoje rzeczy.
Nie było już w tym uśmiechu początkowej frustracji i stresu,
teraz uśmiech był zwyczajny, ciepły, jak wtedy, gdy widzieliśmy
się po raz pierwszy.
- Wiesz może, co u Marty? - zagadnęła po chwili – Zerwała ze mną
kontakt po wyjeździe.
- Nie, ze mną również zerwała kontakt. Nigdy nie słyszałem o
niej po jej wyjeździe.
- Rozumiem. Myślałam, że to była tylko kwestia mnie, bo wdawała
się za coś na mnie gniewać, gdy się żegnałyśmy na dworcu. Może jednak chciała po prostu spalić mosty?
Spojrzałem na nią zdziwiony, ale nie skomentowałem. Domyślałem
się, dlaczego Marta była na nią pogniewana, ale jaki sens miało snucie domysłów po tylu latach? Żadnego, nawet jeśli teraz, nie mogłem przestać o tym myśleć.
- Cóż – Agata odchrząknęła nagle – Dziękuję za spotkanie. Będę
się już zbierać.
- No tak… Przy okazji. Masz już partnera na galę z okazji rozdania nagród?
- Partnera? Myślałam, że mam przyjść tak po prostu i tylko odebrać
nagrodę.
- Możesz, ale zaproszenie jest podwójne jakby co – uśmiechnąłem
się.
- Nie, nie. Przyjdę sama. Mój Boże! Galę? Mam się jakoś
specjalnie ubrać?
- Najlepiej byłoby w sukienkę.
- O nie! Myślałam, że to będzie tylko formalność. Zamierzałam
się ubrać w coś takiego jak teraz!
- To bardzo ładny kostium, ale jednak polecam suknię – puściłem
jej oczko – I wiesz co? Mam świetny pomysł.
- Tak? - spojrzała na mnie nieco zdezorientowana.
- Chodźmy tam razem.
***
Agata
Jeszcze dobrze nie przebrzmiały ostatnie słowa Arkadiusza, gdy już
wpatrywałam się w niego jakby postradał zmysły. Serio? Czy jakiś
były chłopak mojej byłej przyjaciółki sprzed prawie piętnastu
lat właśnie zaprosił mnie na jakąś galę, o której istnieniu
nie wiedziałam jeszcze trzy minuty temu? Nie znaliśmy się, bo
chyba nie można nam zaliczyć tego poznania się całe wieki temu.
Co mu w ogóle przyszło do głowy?
- Zgadzasz się? - zapytał, jakby naprawdę sądził, że to
rozważam. Ale numer!
- Wiesz… to by było dość… nieoczekiwane - zaczęłam ostrożnie.
Jak się robi te całe asertywne odmowy?
- Oczywiście, w tym cały urok. Prawie jak randka w ciemno.
Zaśmiałam się i spojrzałam na niego, jak na szalonego człowieka.
- Mój drogi, czy wyobrażasz sobie, co przeżyją osoby sprawdzające
zaproszenia, gdy przeczytają, że właśnie wchodzi Supeł i Pętla?
Przecież to zawał murowany, oczywiście jeśli nie umrą wcześniej
ze śmiechu.
- Ale czy nie byłoby to warte zobaczenia? - Arek również się
zaśmiał, a jego basowy śmiech poniósł się daleko poza ściany
jego gabinetu.
- Może, jednak nie jestem pewna, czy chciałabym tak ryzykować
życiem niewinnych ludzi.
- Okej, rozumiem, że to odmowa – wyraźnie posmutniał, czego
absolutnie nie rozumiałam. Przecież my nawet się nie znaliśmy!
- Tak, przykro mi – uśmiechnęłam się delikatnie.
- W porządku… A gdybym tak przypadkowo przyszedł na tę imprezę
sam? Gdybyśmy przypadkowo spotkali się na miejscu, w tłumie w
sali… Myślisz, że mogłabyś, tak hipotetycznie, oczywiście,
zgodzić się zatańczyć ze mną?
Podniosłam na niego zaskoczone oczy i zamyśliłam się krótko. Nie
miałam nikogo od bardzo dawna, nie chadzałam na randki, nie
korzystałam z portali randkowych. Po prostu żyłam sobie z dnia na
dzień szczęśliwa sama ze sobą. Czasem doskwierała mi samotność,
jednak nigdy na tyle, by coś z tym zrobić. Czy było coś złego w
tym, że mężczyzna, którego właśnie spotkałam po raz drugi w
życiu i nie spodziewałam się spotkać już nigdy więcej, chciał
spędzić ze mną chwilę na przyjęciu, na które i tak się
wybieraliśmy obydwoje? Nie znaliśmy się na tyle, bym zgodziła się
iść jako jego partnerka. Nie wydawało mi się to stosowne. Ale co
było złego w tym, że zatańczymy ze sobą na tej całej gali lub
porozmawiamy chwilę? Chyba nic. I zawsze będzie mi trochę
raźniej, gdy jednak stanie przy mnie znajoma twarz.
- Myślę, że hipotetycznie mogłabym wyrazić taką zgodę –
odparłam wreszcie – I może nawet rzeczywiście założę
sukienkę?
- Wspaniale – spojrzał na mnie jakoś tak inaczej niż wcześniej,
aż się zarumieniłam – To jesteśmy nie-umówieni.
- Zgadza się.
Wymieniliśmy jeszcze krótkie „Do widzenia!”, a następnie
prawie wybiegłam z jego gabinetu, marząc tylko, żeby się nie
potknąć teraz na prostej drodze. Do rozdania nagród zostało
prawie dwa tygodnie, a ja być może zaliczę również przy okazji
pierwszą randkę od kilku lat. Ale numer!
Koniec
 |
| fot. Sil |